Błysk Dwudziesty Szósty
(Ten Błysk składa się z dwudziestu sześciu Nadziei, Świateł i Pocieszeń).
Powodem, dla którego na początku każdej Nadziei opisałem moje żale i cierpienia w stylu, który z pewnością prawdziwie was zasmuci, jest chęć ukazania nadzwyczajnej skuteczności lekarstw pochodzących z Mądrego Koranu. Niemożliwym jest, by ów Błysk, dotyczący ludzi starszych, zachował zamierzone piękno swoich środków wyrazu, a to z trzech lub czterech powodów:
Po pierwsze: Mówi on o moim życiu, do którego wydarzeń wracam w wyobraźni, został więc napisany, kiedy mój stan umysłu był taki, jak w tamtych minionych czasach. Dlatego było niemożliwe, by zachować systematyczne uporządkowanie tekstu, zgodne z jakąś określoną metodą.
Po Drugie: Ten traktat został napisany, kiedy czułem się niezmiernie zmęczony; spisywałem go po modlitwach porannych i byłem zmuszony, by pisać w pośpiechu, przez co jego styl stał się nieco pogmatwany.
Po Trzecie: Nie zawsze był przy mnie ktoś, kto mógł pomagać mi w pisaniu, zaś skryba, który zwykle mi towarzyszył, miał prócz tego cztery lub pięć innych obowiązków dotyczących Traktatów Światła.
Dlatego nie mogliśmy znaleźć wystarczająco dużo czasu na sprawdzenie tego Błysku i pozostał on w formie nieuporządkowanej.
Po czwarte: Po ułożeniu tego traktatu obaj byliśmy zmęczeni i, niezbyt zwracając uwagę na znaczenie tekstu, sprawdziliśmy go jedynie powierzchownie, co musiało spowodować pewne błędy stylistyczne. Proszę więc wielkodusznych starszych ludzi, by spojrzeli na takie błędy z wyrozumieniem i by włączyli nas do swych modlitw, kiedy będą wznosili ręce w kierunku Bożego dworu, jako że Boże miłosierdzie nie odrzuca modlitwy błogosławionego starca.
NADZIEJA PIERWSZA
Szanowni starsi bracia i siostry, którzy osiągnęliście wiek dojrzały! Podobnie jak wy, jestem już człowiekiem starszym. Zamierzam opisać nadzieję, jaką znalazłem w swej starości, a także niektóre rzeczy, jakie mnie spotkały, by podzielić się z wami światłem pociechy, jaka jest w nich zawarta. Oczywiście, światła, które ujrzałem i prowadzące do nadziei drzwi, przed którymi stanąłem, będą oglądane i otwierane stosownie do moich ułomnych możliwości. Jeśli Bóg zechce, wasze czyste, szczere usposobienie uczyni owe światła lśniącymi o wiele jaśniej, a także umocni nadzieję, jaką udało mi się odnaleźć.
Wiedzcie zatem, że zdrojem, źródłem i krynicą wszystkich poniższych nadziei i świateł jest wiara w Jedynego Boga.
NADZIEJA DRUGA
Pewnego dnia, kiedy już wkraczałem w podeszły wiek, u schyłku pory modlitwy popołudniowej spoglądałem na świat z wysokiej góry, gdy nagle zostałem przygnieciony przez melancholię, smutek i ciemność, które (do pewnego stopnia) ogarnęły mój umysł. Ujrzałem, że stałem się stary. Dzień również się zestarzał, podobnie jak rok, a tak samo świat stał się stary. Owe przykłady starzenia się uświadomiły mi, że zbliża się czas odejścia z tego świata i rozłąki z tymi, których umiłowałem, a moja starość wstrząsnęła mną do głębi. Wtem Boże miłosierdzie odsłoniło się przede mną w taki sposób, że przekształciło żałość, smutek i rozłąkę w silną nadzieję i lśniące światło pocieszenia. Tak, o wy, którzy jesteście starzy jak ja! Najbardziej Litościwy Stwórca w stu miejscach Mądrego Koranu przedstawia nam Samego Siebie jako Najbardziej Miłosiernego spośród miłosiernych, zawsze zsyła Swoje miłosierdzie jako wsparcie dla żywych istot na obliczu ziemi, które poszukują Jego miłosierdzia, każdego roku wypełnia wiosnę niezliczonymi darami i podarkami pochodzącymi ze świata tego, co niewidzialne, wysyłając je do nas, którzy potrzebujemy Jego zaopatrzenia, i objawia Swoje miłosierdzie we wspaniałej obfitości, proporcjonalnie do naszej słabości i bezsiły. Przeto dla nas, w naszej starości, Jego miłosierdzie jest największą nadzieją i najbardziej silnym światłem, które możemy zyskać poprzez ustanowienie związku z Najbardziej Miłosiernym dzięki wierze i wykonywaniu pięciu modlitw obowiązkowych każdego dnia, poprzez posłuszeństwo wobec Niego.
NADZIEJA TRZECIA
Pewnego dnia, kiedy o poranku starości zbudziłem się ze snu nocy młodego wieku, spojrzałem na siebie samego i zobaczyłem, że moje życie podąża w stronę grobu z takim pośpiechem, jakby zbiegało ze stromego górskiego zbocza. Jak powiedział Niyazi Misri:
Każdego dnia spada na ziemię jeden kamień z budowli mego życia.
O ty, niedbały, który śpisz i nie widzisz, że owa budowla wali się w gruzy!
Moje ciało, miejsce zamieszkania dla mojej duszy, waliło się z każdym dniem, który był kamieniem odpadającym od tej budowli. Moje nadzieje i ambicje, które tak mocno wiązały mnie z tym światem, zaczęły odrywać się od niego. Poczułem, że zbliża się czas rozłąki z moimi niezliczonymi przyjaciółmi i ze wszystkimi, których kochałem. Poszukiwałem balsamu na tę głęboką i z pozoru nieuleczalną ranę mojej duszy, lecz nie mogłem znaleźć ani jednego. Jak również rzekł Niyazi Misri:
Podczas gdy moje serce pragnie nieśmiertelności, rzeczywistość wymaga, by me ciało przeminęło;
Jestem dotknięty nieuleczalną chorobą, której nawet Luqman nie mógłby uleczyć!
Wówczas nagle światło i wstawiennictwo Szlachetnego Proroka (niech będzie z nim pokój i miłosierdzie), który był językiem, wzorem, przykładem, heroldem i przedstawicielem Bożego miłosierdzia, a także dar przewodnictwa, jakie przyniósł on całej ludzkości, ukoiły i uzdrowiły ową ranę, którą miałem za nieuleczalną i wieczną.
Tak, o szanowni starsi mężczyźni i kobiety, którzy odczuwacie waszą starość, jak ja odczuwam swoją! Nie ma sensu, byśmy oszukiwali sami siebie: odchodzimy z tego świata. Nawet jeśli zamkniemy oczy na ową prawdę, nie pozostaniemy tutaj. Wszyscy zostaniemy zmobilizowani. Kraj pośredniego królestwa, który - z powodu posępnych złudzeń wynikających z nieuwagi, a częściowo także z podszeptów ludzi zbłądzenia - jawi się nam jako ciemny i przepełniony rozłąką, jest miejscem spotkania ze znajomymi, jest światem, w którym spotkamy się z najbardziej umiłowanym przez Boga (niech będzie z nim pokój i miłosierdzie) i z wszystkimi naszymi przyjaciółmi.
Zmierzamy do świata tego, który każdego roku spośród tysiąca trzystu pięćdziesięciu lat był władcą tysiąca trzystu pięćdziesięciu milionów ludzi, instruktorem ich dusz, nauczycielem ich umysłów i umiłowanym przez ich serca; do świata tego, do którego księgi dobrych uczynków każdego dnia - zgodnie z zasadą, która mówi, że ten, kto zapoczątkował dobre dzieło, jest jak ten, kto je wykonuje - dodawana jest równowartość wszystkich dobrych czynów spełnianych przez całą jego wspólnotę; do świata tego, dzięki któremu zostały osiągnięte wzniosłe Boże cele we wszechświecie, a wszelkie stworzenia mogły zdać sobie sprawę ze swej wysokiej wartości. Zgodnie z autentycznymi przekazami, jak zostało to ściśle przepowiedziane, kiedy przyszedł on na ten świat, zawołał: Moja wspólnota, Panie! Moja wspólnota! Tak samo w Dniu Sądu Ostatecznego, kiedy każdy będzie myślał tylko o sobie, on znowu oznajmi: Moja wspólnota, Panie! Moja wspólnota!, po czym ze świętym, wzniosłym poświęceniem pospieszy ze swym wstawiennictwem, by pomóc swej społeczności. Zmierzamy do świata rozświetlonego przez gwiazdy niezliczonych świętych i oczyszczonych uczonych, które krążą wokół słońca Posłańca Boga (niech będzie z nim pokój i miłosierdzie).
Drogą do otrzymania udziału w jego wstawiennictwie, do uzyskania korzyści z jego światła, do wybawienia od ciemności pośredniego królestwa, jest podążanie za wspaniałą praktyką Proroka (niech będzie z nim pokój i miłosierdzie).
NADZIEJA CZWARTA
Kiedy dostąpiłem starości, moje zdrowie, które tylko utrwalało niedbałość, zostało złamane. Starość i choroba zaatakowały mnie w całkowitej zgodzie. Zadając mi ciosy prosto w głowę, odpędziły ode mnie sen. Nie miałem nic, co wiązałoby mnie z tym światem, ani rodziny, ani dzieci, ani majątku. Ujrzałem, że w lekkomyślnej młodości roztrwoniłem kapitał mojego życia, a jedynymi jego owocami stały się grzechy i błędy. Wołałem jak Niyazi Misri:
Nie zakończyłem pomyślnie swego handlu, straciłem cały majątek życia;
Przybyłem na trakt, by odkryć, że karawana odjechała, nic o mnie nie wiedząc.
Lamentując, ruszyłem dalej ową drogą w dół, zupełnie sam, obcy;
Moje oczy płaczą, moje serce jest w udręce, mój umysł jest oszołomiony, nieświadomy.
W owym czasie przebywałem na wygnaniu. Czułem rozpaczliwy smutek, pełną żalu za grzechy skruchę, tęskniłem za jakąkolwiek pomocą. Nagle przybył mi z pomocą Mądry Koran, otwierając drzwi wiodące do nadziei tak potężnej i dając światło pocieszenia tak prawdziwego, że mogłyby rozproszyć rozpacz i ciemności stokroć potężniejsze od moich.
Tak, o szanowni starsi mężczyźni i kobiety, których więź z tym światem zaczęła się zrywać! Czyż jest możliwe, by Stwórca, Któremu należy się wszelka chwała, Który stworzył ten świat jak doskonale zarządzane miasto lub pałac, miał nie przemówić do najważniejszych spośród Jego gości i przyjaciół ani nie spotkać się z nimi? Ponieważ stworzył ów pałac zgodnie ze Swym zamysłem, uporządkował i upiększył go poprzez Swą wolę i wybór, z pewnością jako Ten, Który czyni, wie, a Ten, Który wie, będzie mówił. Ponieważ uczynił On dla nas ten pałac i to miasto piękną gospodą i miejscem handlu, niechybnie jest Tym, Który posiada księgę (czy też rejestr), w której wyjaśnia zarówno relację między Nim a nami, jak i to, czego sobie od nas życzy.
Koran, Księga cudownej wystawy, jest najbardziej cudowną spośród Ksiąg Objawionych; jego cudowność ma czterdzieści aspektów, a on sam w każdej chwili jest obecny na językach przynajmniej stu milionów ludzi; jest źródłem światła, a wyrecytowanie każdej jego litery daje
przynajmniej dziesięciokrotną zasługę i nagrodę (a także przynosi owoce Raju i światło w pośrednim królestwie); niekiedy owa zasługa będzie zwielokrotniona dziesięć tysięcy razy, a niekiedy - dzięki tajemnicy Nocy Przeznaczenia - trzydzieści tysięcy razy! W całym wszechświecie nie ma ani jednej księgi, która pod tym względem mogłaby konkurować z Koranem; nikt nie mógłby takiej przedstawić. Jest tak, ponieważ Koran, który mamy, jest słowem Stwórcy niebios i ziemi, Któremu należy się wszelka chwała, które zrodziło się z Jego absolutnej władzy, z ogromu Jego boskości, z Jego miłosierdzia obejmującego każdą rzecz; jest zarządzeniem Boga i źródłem Jego miłosierdzia, zatem trzymajcie się go! W nim znajduje się lekarstwo na każdą chorobę, światło, które rozproszy każdą ciemność, nadzieja w każdej rozpaczy. Kluczem do tego wiecznego skarbca jest wiara w Boga, całkowite poddanie się Jedynemu, słuchanie Koranu, przyjmowanie go i recytowanie.
NADZIEJA PIĄTA
Pewnego razu w początkach mojej starości, kiedy pragnąłem samotności, oddaliłem się od ludzi i udałem się na górujące nad Bosforem wzgórze Yusa Tepesi. Moja dusza poszukiwała spokoju, jaki daje samotność. Pewnego dnia spojrzałem z tego wysokiego wzgórza na szeroki horyzont, a następnie spuściłem wzrok z wysokiego poziomu czterdziestej piątej gałęzi drzewa mojego życia (to jest, moich czterdziestu pięciu lat) na jego niższe poziomy. W dole, na każdej z niższych gałęzi owych minionych lat, ujrzałem zwłoki niezliczonych ludzi, których znałem, których kochałem, z którymi byłem związany. Poczułem prawdziwie żałośliwy smutek z powodu rozstania i rozłąki z nimi i zapłakałem - niczym Fuzuli Baghdadi - nad przyjaciółmi, z którymi musiałem się rozstać:
Kiedy przywołuję ich towarzystwo, płaczę,
Płaczę tak długo, jak długo jest jeszcze dech w mym usychającym ciele.
Poszukiwałem pocieszenia, światła, drzwi prowadzących do nadziei, gdy nagle przyszła mi z pomocą wiara w życie ostateczne, rozsiewając nigdy niegasnące światło i przynosząc niezniszczalną nadzieję.
Tak, moi bracia i siostry, którzy jesteście starzy jak ja! Ponieważ życie ostateczne istnieje i nigdy się nie kończy, a jego świat jest lepszy od tego świata, i ponieważ Ten, Który nas stworzył, jest zarówno Wszechmądry,
jak i Najbardziej Litościwy, nie powinniśmy skarżyć się i żalić z powodu naszej starości. Co więcej, powinniśmy być szczęśliwi z jej powodu dopóki, dopóty z wiekiem osiągamy doskonałą dojrzałość dzięki oddawaniu czci Bogu i wierze w Niego, zaś starość jest znakiem tego, że zostaniemy uwolnieni od obowiązków życia doczesnego i odejdziemy do świata Bożego miłosierdzia, by tam odpocząć.
Zgodnie z przekazami, spośród których jedne opierają się na wiarygodnym świadectwie, a inne na absolutnej prawdzie, najbardziej wybitni ludzie spośród całego rodzaju ludzkiego - a mianowicie sto dwadzieścia cztery tysiące proroków (niech będzie z nimi pokój) - jednogłośnie przekazali wieść o istnieniu życia ostatecznego, o tym, że ludzie z pewnością zostaną wysłani do świata ostatecznego, a Stwórca wszechświata dokona tego zgodnie ze Swoją niezawodną obietnicą. Podobnie, potwierdzając opowieści o prorokach poprzez oświecenie i świadectwo w postaci pewności proporcjonalnej do posiadanej wiedzy, sto dwadzieścia cztery miliony wiernych zaświadczyły o istnieniu życia ostatecznego, zaś przejawy wszystkich Najpiękniejszych Imion Wszechmądrego Stwórcy, jakie ukazują się w tym świecie, niewątpliwie wymagają istnienia królestwa, które nie przemija. Również nieskończona, przedwieczna moc i nieograniczona, wieczna mądrość, które nie pozwolą, by cokolwiek było próżne bądź bezcelowe, każdej wiosny ponownie budzą do życia - poprzez rozkaz: «Bądź!» nieprzeliczone martwe drzewa na obliczu ziemi, czyniąc je przejawem życia po śmierci, i ożywiają trzysta tysięcy gatunków roślin i zwierząt, czyniąc je tysiącami przykładów zmartwychwstania. Owe przykłady zmartwychwstania w sposób oczywisty wymagają istnienia życia ostatecznego, tak jak wiekuiste miłosierdzie i wieczna łaska, które z doskonałym współczuciem i w cudowny sposób zapewniają to, co jest niezbędne do życia, wszystkim potrzebującym zaopatrzenia istotom żywym, a w krótkim czasie wiosny ukazują niezliczone rodzaje ozdób i upiększeń, również wymagają istnienia życia ostatecznego. Wraz z człowiekiem, najdoskonalszym owocem wszechświata, stworzeniem najbardziej umiłowanym przez Stwórcę, które spośród wszystkich istot ma najbliższe relacje z innymi istotami zamieszkującymi wszechświat, wraz jasną wskazówką i niezachwianym dowodem jego żarliwego, niewzruszonego i niezmiennego pragnienia nieśmiertelności, wraz z jego nadziejami, które rozciągają się aż po wieczność - wszystko, co wymieniliśmy, udowadnia stanowczo i bezapelacyjnie, że po tym przejściowym świecie nastąpi świat wieczny, królestwo życia ostatecznego
i szczęśliwości, która nigdy nie przemija. Tak, to wszystko bez żadnej wątpliwości wymaga przekonania o istnieniu życia ostatecznego.
Łatwość przekazania jasnej kwestii i trudność, jaka jest zawarta w zaprzeczeniu owej kwestii, można ujrzeć przez następujące porównanie:
Jeśli jeden człowiek powie: "Gdzieś na ziemi istnieje cudowny ogród, a owocami jego drzew są blaszanki z mlekiem", zaś inny człowiek powie: "Taki ogród nie istnieje", ten, który tak twierdzi, musi jedynie wskazać, gdzie leży ów ogród, lub gdzie można znaleźć jego cudowne owoce, by z łatwością udowodnić swoje twierdzenie, natomiast ten, kto mu zaprzecza, może dowieść prawdziwości swego zaprzeczenia, jedynie wtedy, gdy najpierw sam ujrzy, a później ukaże wszystkim całe oblicze ziemi. Dokładnie w ten sam sposób, nawet jeśli ktoś lekceważy znaki i owoce Raju, na które wskazali ci, którzy przekazali wiadomość o nim, wystarczy, że dwaj prawdomówni ludzie zaświadczą, że Raj z pewnością istnieje, podczas gdy ten, który mu zaprzecza, może dowieść prawdziwości swego zaprzeczenia dopiero po tym, jak ujrzy cały nieskończony wszechświat i nieskończony, niekończący się czas, a następnie wyczerpująco je zbada; dopiero wtedy będzie mógł wykazać, że Raj nie istnieje. Z tego porównania, o moi starsi bracia w religii, możecie zrozumieć, jak potężna jest wiara w życie ostateczne.
Ponieważ najważniejszą rzeczą, jakiej uczy nas Wszechmądry Koran, jest wiara w życie ostateczne; ponieważ owa wiara jest tak silna i przynosi nadzieję i pocieszenie tak wielkie, że choćby starość przygniotła człowieka sto tysięcy razy mocniej, pociecha wynikająca z tej wiary jeszcze byłaby wystarczająca do tego, by stawić czoła podeszłemu wiekowi, przeto z pewnością my, starzy ludzie, powinniśmy pokochać nasz podeszły wiek i powiedzieć: "Wszelka chwała niech będzie Bogu Jedynemu za doskonałość wiary!"
NADZIEJA SZÓSTA
Pewnego razu podczas mej nieszczęsnej niewoli odłączyłem się od towarzystwa ludzi i byłem sam na szczycie Cam Dagi (Sosnowej Góry) w górach prowincji Barla. Poszukiwałem światła w samotności. Pewnej nocy, na małej platformie umieszczonej na wierzchołku sosnowego drzewa, które z kolei rosło na szczycie owej wysokiej góry, moja starość sprawiła, że pomyślałem o trzech lub czterech wygnaniach, zawierających się jedno wewnątrz drugiego. Jak jest to opisane w Liście Szóstym, melancholijny dźwięk drzew, szeleszczących i szemrzących wśród owej samotnej, cichej, głębokiej nocy, sprawił, że poczułem ból i żal z powodu mojej starości i zesłania. Podeszły wiek, szepcząc do ucha mego serca, nasunął mi następującą myśl: "Jak dzień zmienił się w ten ciemny grób, jakim jest noc, jak świat przywdział ów czarny całun, tak samo dzień twego życia zmieni się w noc, dzień tego świata zmieni się w noc pośredniego królestwa, a lato życia przekształci się w zimową noc śmierci".
Moja dusza poczuła się zobowiązana, by odpowiedzieć: "Tak, jestem daleko od rodzinnych stron, lecz rozłąka z tymi, których ukochałem przez
pięćdziesiąt lat mojego życia, a którzy zmarli i pozostał tylko płacz za nimi, jest daleko bardziej bolesnym i zasmucającym wygnaniem niż wygnanie z ojczystego kraju. Co więcej, zbliżam się do wygnania znacznie bardziej smutnego i bolesnego niż to, którego doświadczam owej ciemnej nocy na szczycie góry: starość komunikuje mi, że zbliża się czas rozłąki z tym światem".
Poszukiwałem światła, które przyniosłoby mi nadzieję pośród owych wygnań, ukrytych jedno wewnątrz Drugiego. Nagle przybyła mi z pomocą wiara w Boga, dając mi taki stopień zażyłości z Jedynym, że choćby owo wielorakiej natury pustkowie, na jakim się znalazłem, stało się po tysiąckroć gorsze, pociecha płynąca z wiary nadal byłaby wystarczająca.
O, starsi mężczyźni i starsze kobiety! Jako że mamy Litościwego Stwórcę, nie może dla nas istnieć żadne wygnanie! Ponieważ On istnieje, wszystko istnieje dla nas. Ponieważ On istnieje, istnieją aniołowie. Świat nie jest pusty; samotne góry i pustynie są pełne sług Wszechmocnego Boga. Prócz Jego sług spośród istot świadomych, także kamienie i drzewa stają się niby dobrze znani przyjaciele, kiedy patrzymy na nie w Jego światłości i mając wzgląd na Niego. Mogą one wówczas rozmawiać z nami i sprawiać nam uciechę.
Tak, dowody i świadectwa, których jest tyle, ile stworzeń we wszechświecie, ile liter w olbrzymiej księdze, jaką jest ten świat, potwierdzają istnienie naszego Najbardziej Litościwego, Szczodrego, Bliskiego i Umiłowanego Stwórcy i Opiekuna; ukazują nam Jego miłosierdzie tyle razy, ile jest członków wszystkich istot żywych, ile jest rodzajów pożywienia, ile jest darów Bożych, które mogą stać się środkami do otrzymania Jego litości, miłosierdzia i łaski, a także wskazują wprost na Jego dwór. Starość to, mówiąc ściśle, czas bezsilności i słabości. Nie należy zatem czuć się urażonym z powodu starości, która jest mile widzianym orędownikiem na dworze Boga, lecz należy ją pokochać.
NADZIEJA SIÓDMA
Pewnego razu na początku mojej starości - kiedy śmiech starego Saida przemienił się już w płacz nowego Saida - pewien człowiek spośród ahl ad-dunja, przypuszczając, że wciąż jestem starym Saidem, zaprosił mnie do Ankary. Przyjąłem zaproszenie i przybyłem tam. U schyłku jesieni wspiąłem się na szczyt cytadeli, znacznie bardziej niż ja sam starej, zniszczonej i sprawiającej wrażenie wyczerpanej, która wydała mi się wzniesioną ze skamieniałych wydarzeń historycznych. Schyłek pory roku, moja starość, starość cytadeli, starość rodzaju ludzkiego, starość niegdyś
wspaniałego Imperium Otomańskiego, kres panowania Kalifatu i starość świata spowodowały, że - będąc w stanie wielkiego smutku, żałości i przygnębienia - spojrzałem z owej wyniosłej cytadeli na doliny przeszłości i na góry przyszłości. Jako że w Ankarze doświadczyłem stanu umysłu, odpowiadającego całkowitej czerni, obejmującej cztery lub pięć warstw mroków starości, jedna wewnątrz drugiej, poszukiwałem światła, pocieszenia, nadziei.
Kiedy szukałem pociechy, patrząc w prawo, to jest w przeszłość, mój ojciec, moi przodkowie i cała ludzkość zdali mi się wielkim grobem, co wypełniło mnie przygnębieniem, zamiast pocieszyć. Szukając remedium, spojrzałem w przyszłość, która była po mojej lewej stronie. Ujrzałem, że jawi się ona jako ogromny, ciemny grób dla mnie samego, dla moich rówieśników i dla przyszłych pokoleń, co przyniosło mi zgrozę zamiast zażyłości. Czując się opuszczony w obliczu tego, co zobaczyłem po prawej i po lewej stronie, spojrzałem na teraźniejszość, która zdała się mojemu niedbałemu oku trumną, w której niesiono moje na pół martwe, cierpiące i desperacko walczące ciało. Zrozpaczony również spojrzeniem w tym kierunku, uniosłem głowę i spojrzałem na wierzchołek drzewa mojego życia, by ujrzeć tam mego trupa, który przyglądał mi się ze szczytu drzewa. Czując przerażenie po spojrzeniu w tamtą stronę, spuściłem głowę. Spojrzałem na podnóże drzewa mojego życia, na jego korzenie, i ujrzałem rozdeptaną glebę, ziemię, z której zostałem stworzony, zmieszaną z prochem, jaki pozostał z mych kości. Nie było żadnego lekarstwa; ten widok dodał tylko dalsze boleści do mojego cierpienia.
Wówczas byłem zmuszony, by spojrzeć za siebie. Ujrzałem, jak ten nietrwały, przemijający świat staczał się w doliny nicości i w ciemności niebytu, aż przepadł w nich. Poszukiwałem balsamu na moje cierpienie, lecz to, co ujrzałem, było jedynie dodatkową trucizną. Ponieważ patrząc w tamtą stronę, nie mógłbym dostrzec żadnego dobra, spojrzałem przed siebie, wprost w przyszłość. Ujrzałem, jak dokładnie pośrodku mojej drogi otwierają się drzwi grobu, który przygląda mi się, rozdziawiając paszczę. Daleko za nim widziałem szeroki trakt, który ciągnął się ku wieczności, a także karawany podróżujące owym traktem, lecz w obliczu przerażenia przychodzącego z sześciu stron nie miałem żadnej pomocy ani żadnego oręża ku obronie, prócz ograniczonej woli.
Dar woli jest jedyną bronią, jakiej człowiek może użyć przeciwko owym niezliczonym wrogom i przeciwko nieskończonej ilości rzeczy,
które mu szkodzą. Owa broń jest jednak wadliwa, krótka, słaba, nie posiada mocy twórczej, zatem człowiek nie ma żadnych zdolności prócz tych, które "nabędzie". Wola nie może ani sięgnąć w przeszłość, by zmusić do milczenia przybywające stamtąd smutki, ani nie może przeniknąć przyszłości, by zapobiec lękom, które się z niej wyłaniają. Ujrzałem, że owa broń nie przyniesie mi żadnego pożytku - ani nie wzmocni nadziei, ani nie zniszczy lęków związanych z przeszłością i przyszłością.
Kiedy toczyłem ową walkę wśród okropności, spustoszeń, rozpaczy i ciemności nadciągających z sześciu stron, nagle przybyły mi z pomocą światła wiary, lśniące na niebie Księgi cudownej wystawy, jaką jest Koran. Rozświetliły i rozjaśniły owe sześć stron tak bardzo, że nawet gdyby groza i ciemność, jakie widziałem, zwiększyły się po stokroć, światło, które otrzymałem, wciąż byłoby wystarczające, by stawić im czoła. Światło przekształciło wszystkie owe okropieństwa, jedno po drugim, w pocieszenie, a poczucie osamotnienia w poczucie zażyłości. Oto, jak to się stało:
Wiara ukazała z całkowitą pewnością, że przeszłość, którą wcześniej ujrzałem jako pustkowie, jako ogromny grób, w istocie jest świetlistym zgromadzeniem dobrze znających się nawzajem przyjaciół.
Wiara ukazała, że przyszłość, która mym niedbałym oczom jawiła się olbrzymim grobem, z całą pewnością jest ucztą wydaną przez Najbardziej Miłosiernego w Jego zachwycających pałacach szczęśliwości.
Wiara ukazała, że teraźniejszość, która memu nieuważnemu spojrzeniu wydała się trumną, z pewnością jest miejscem handlu dla życia ostatecznego i lśniącą gospodą Tego, Którego miłosierdzie obejmuje każdą rzecz.
Wiara ukazała z całkowitą pewnością, że jedynym owocem na wierzchołku drzewa życia z pewnością nie jest trup (jak zdało się memu niedbałemu oku), lecz że moja dusza, która może być przejawem życia wiecznego i której została przeznaczona wieczna szczęśliwość, pewnego dnia opuści ów zniszczony dom, by podróżować pośród gwiazd.
Dzięki swojej tajemnicy wiara ukazała, że moje kości i ziemia, z której zostałem stworzony, nie były bezwartościowym prochem, który został zdeptany, lecz że ziemia była drzwiami prowadzącymi do Bożego miłosierdzia i zasłoną przed komnatami Raju.
Dzięki tajemnicy Koranu wiara ukazała, że świat, który memu niedbałemu oku zdał się staczającym się za moimi plecami w nicość i niebyt, jest zbiorem pism Wiecznego, Który jest ponad wszelkie potrzeby, zbiorem kart wypełnionych wychwalającymi Boga ozdobami i haftami, które wypełniły
swoje obowiązki, wyraziły swe znaczenie, a odchodząc, pozostawiły po sobie wyniki swych działań, istniejące zamiast nich samych. To wszystko sprawiło, że poznałem naturę naszego świata w stopniu całkowitej pewności.
Dzięki światłu Koranu wiara ukazała, że grób, który spoglądał na mnie z przyszłości szeroko otwartymi oczami, nie był paszczą bezdennej studni, lecz drzwiami prowadzącymi do świata światła, zaś szeroka droga, która ciągnęła się za nim ku wieczności, nie prowadziła do nicości i niebytu, lecz do istniejącego królestwa światła i do wiecznej szczęśliwości. Ponieważ wiara wykazała to wszystko w stopniu, który dał mi całkowite przekonanie, stała się zarówno remedium, jak i balsamem na moje cierpienia.
W miejsce bardzo nieznacznej zdolności, którą można otrzymać, wiara wkłada w ręce ograniczonego daru woli dowód, dzięki któremu wola w obliczu niezliczonych wrogów i warstw ciemności może zyskać oparcie w nieskończonej mocy i połączyć się z bezgranicznym miłosierdziem. Zaiste, wiara jest dowodem w ręku woli człowieka, a choć broń człowieka, jaką jest wola, sama w sobie jest krótka, słaba i niedoskonała, to jeśli dzięki tajemnicy wiary - jak dzieje się wtedy, gdy żołnierz używa swej częściowej siły w imieniu kraju, dzięki czemu wykonuje obowiązki dalece wykraczające poza jego własną siłę - ograniczona zdolność woli używana jest w Imię Wszechmocnego Boga i na Jego drodze, można dzięki niej zdobyć Raj szeroki na pięćset lat drogi.
Wiara przejmuje z rąk ciała cugle zdolności woli, która nie może przeniknąć do przeszłości ani przyszłości, i przekazuje je w ręce serca i duszy. Ponieważ sfera ich życia nie jest ograniczona do teraźniejszości, jak jest to w przypadku ciała, lecz obejmuje bardzo wiele lat z przeszłości i bardzo wiele lat z przyszłości, wola przestaje być ograniczona, a zyskuje uniwersalność. Dzięki sile wiary wola może wkroczyć do najgłębszej doliny przeszłości i odepchnąć ciemność jej smutków; tak samo uzbrojona w światło wiary może wznieść się na szczyt najwyższej spośród gór przyszłości i usunąć związane z nią lęki.
O, moi starsi bracia i siostry, którzy doznajecie trudności podeszłego wieku, jak doznaję ich ja sam! Ponieważ, niech będzie chwała Bogu Jedynemu, jesteśmy wierzącymi, a w wierze znajduje się tak wiele świetlistych, dających przyjemność, miłych nam i sprawiających satysfakcję skarbów, ponieważ nasza starość jeszcze bardziej przynagla nas, byśmy zdobyli zawartość owego skarbca, z pewnością miast uskarżać się na starość, której towarzyszy wiara, powinniśmy raczej składać Bogu nieskończone podziękowania.
NADZIEJA ÓSMA
W czasie, gdy na mojej głowie pojawiła się siwizna, ów znak starości, wrzawa pierwszej wojny światowej, która uczyniła głęboki sen młodości jeszcze cięższym, wstrząs, jakim była dla mnie niewola i los jeńca wojennego, wielka sława i zaszczyty, jakie zostały mi przyznane, kiedy powróciłem do Stambułu, uprzejme traktowanie i uwaga - jaką poświęcali mi wszyscy, od Kalifa, Wielkiego Muftiego i głównodowodzącego armii, po studentów religii - daleko przekraczające te, na jakie zasługiwałem, upojenie młodością, stan umysłu, który wywołała pozycja, jaką osiągnąłem - to wszystko uczyniło sen młodości tak głębokim, że po prostu postrzegałem ten świat jako trwały, a siebie samego jako w cudowny sposób nieśmiertelnego, na trwale spojonego ze światem.
Pewnego dnia w miesiącu ramadan wybrałem się do Meczetu Bajazyda, by posłuchać szczerych recytatorów Koranu. Za pomocą ich języków Koran, owa Księga cudownej wystawy, obwieścił swe wzniosłe, niebiańskie orędzie i zarządzenie wersetu:
tóry z całą mocą daje nowinę o śmierci człowieka i śmierci wszystkich żywych stworzeń. Owo zarządzenie dotarło do mojego ucha, przeniknęło do głębi mojego serca i mocno się w nim ugruntowało, druzgocząc mój głęboki sen i nieuwagę. Wyszedłem z meczetu. Z powodu otępienia przez sen, który na długo zagościł w mojej głowie, teraz przez kilka dni szalała w niej nawałnica, a ja postrzegałem samego siebie jako statek z płonącą maszynownią i wirującym kompasem. Za każdym razem, kiedy patrzyłem na swoje włosy w lustrze, siwizna mówiła mi: "Zwróć na mnie uwagę!" I tak sytuacja stała się dla mnie jasna dzięki przestrogom moich siwych włosów.
Ujrzałem, że młodość, która tak urzekła mnie swymi przyjemnościami i której tak ufałem, pożegnała się ze mną, że życie doczesne, które tak pokochałem i w które byłem tak zaangażowany, zaczęło gasnąć, a także, że świat, z którym byłem tak blisko związany i w którym byłem wręcz zakochany, mówił do mnie: "Szczęśliwej podróży!" i ostrzegał mnie, że pewnego dnia opuszczę jego gospodę, która również mówiła mi: "Do widzenia!", przygotowując się do mego odejścia. Dzięki wskazówkom wersetu koranicznego:
memu sercu odsłoniło się następujące jego znaczenie:
Ludzkość jest stworzeniem żywym i umrze, by mogła zostać wskrzeszona. Kula ziemska jest stworzeniem żywym, które również umrze,
by następnie przybrać kształt wiecznego świata. Nasz świat także jest stworzeniem żywym, które umrze, by przyjąć kształt życia ostatecznego.
Kiedy byłem w takim stanie, przemyślałem własną sytuację. Ujrzałem, że młodość, która jest źródłem przyjemności, odchodziła ode mnie, podczas gdy starość, która jest źródłem smutku, zbliżała się, że życie doczesne, tak lśniące i świetliste, odjeżdżało, podczas gdy śmierć, która z pozoru jest przerażającą ciemnością, przygotowywała się do przybycia, i że ten przemiły świat, który jest umiłowany i uważany za trwały przez niedbałych, spieszył ku swemu zgonowi.
By okłamać samego siebie i ponownie zanurzyć głowę w nieuwadze, pomyślałem o przyjemnościach, jakie dawała pozycja społeczna, którą cieszyłem się w Stambule, a która była daleko wyższa, niż na to zasługiwałem, lecz nie znalazłem w tym wszystkim żadnej korzyści. Szacunek ludzi, uwaga, jaką mi poświęcali i ich pocieszenie mogły towarzyszyć mi jedynie do drzwi grobu, które już widziałem na horyzoncie, tam miały wygasnąć. Ponieważ ujrzałem, że za bogato ozdobioną zasłoną chwały i rozgłosu (które są złudnym celem ludzi goniących za sławą) znajdują się nużąca hipokryzja, zimne zarozumialstwo i chwilowe oszołomienie, zrozumiałem, że owe rzeczy, które zwodziły mnie aż do tamtej pory, nie mogą zapewnić mi żadnej pociechy ani też nie ma w nich żadnego światła.
Ponownie zacząłem słuchać recytatorów w Meczecie Bajazyda, by usłyszeć niebiańskie nauczanie Koranu i by zbudzić się jeszcze raz. Usłyszałem dobre wieści spośród wzniosłych nauk Świętej Księgi dzięki świętym zarządzeniom w rodzaju wersetu:
Dzięki blaskowi owego wersetu mogłem szukać pocieszenia, nadziei i światła w tych kwestiach, które wcześniej sprawiały, że czułem przerażenie, osamotnienie i rozpacz, nie zaś poza nimi. Nieskończone dzięki niech będą Wszechmocnemu Bogu za to, że znalazłem lekarstwo wewnątrz dolegliwości, światło wewnątrz ciemności, pocieszenie wewnątrz przerażenia.
Najpierw spojrzałem w twarz śmierci, którą wyobrażamy sobie jako najbardziej straszliwą i która przeraża każdego. Dzięki światłu Koranu zobaczyłem, że choć zasłona śmierci jest czarna, ciemna i szpetna, dla wiernych jej prawdziwe oblicze jest świetliste i piękne. Bezapelacyjnie dowiedliśmy tej prawdy w wielu częściach Traktatów Światła. Na przykład, jak objaśniliśmy to w Słowie Ósmym i Liście Dwudziestym, śmierć nie jest unicestwieniem i rozłąką, lecz wstępem do życia wiecznego i jego
początkiem. Jest odejściem do cywila i odpoczynkiem od trudności obowiązków życia doczesnego. Jest zmianą miejsca zamieszkania. Jest spotkaniem z karawaną przyjaciół, którzy już wyemigrowali do pośredniego świata. I tak dalej; dzięki prawdom podobnym do tych ujrzałem prawdziwą, piękną twarz śmierci. Spojrzałem w jej twarz nie ze strachem, lecz z pewnego rodzaju pragnieniem i tęsknotą, pojmując jedno ze znaczeń rozważań nad śmiercią, jakim oddają się sufi.
Następnie zadumałem się nad moją młodością, która odeszła - nad młodością, która czyni każdego płaczącym nad jej przemijaniem, nad młodością, która rozkochuje w sobie każdego, która każdego wypełnia pragnieniem i pożądaniem, co powoduje, że przemija w grzechu i nieuwadze. Ujrzałem, że pod przepięknie haftowaną szatą młodości kryła się jej szkaradna, przepita, ogłupiona twarz. Gdybym nie poznał prawdziwej natury młodości, uczyniłaby mnie ona szlochającym przez sto lat (gdybym pozostał na tym świecie tak długo), miast upoić mnie i zabawić przez kilka lat jej trwania. Jak rzekł, lamentując, pewien człowiek:
Zaiste, starsi ludzie podobni temu człowiekowi, którzy nie znają prawdziwej natury młodości, myślą o własnej młodości i płaczą z żalu i tęsknoty. Jednak kiedy młodość jest udziałem wiernych o rozsądnych umysłach i sercach, jest najbardziej potężnym, przyjemnym i miłym środkiem, zabezpieczającym dobre dzieła i handel dla życia ostatecznego - tak długo, jak wierni spędzą ją na aktach czci, na owym handlu i na spełnianiu tych dobrych dzieł. Dla tych, którzy znają swoje obowiązki wynikające z religii i nie zmarnują swej młodości, jest ona drogocennym i zachwycającym darem Bożym. Kiedy jednak nie spędzimy jej w umiarkowaniu, uczciwości i bogobojności, wtedy kryje się w niej wiele niebezpieczeństw; wówczas młodość niszczy zarówno wieczne szczęście, jak i życie na tym świecie. Przyjemności jednego roku lub dwóch lat młodości na starość skutkują wieloma latami żalu i smutku.
Ponieważ dla większości ludzi młodość jest szkodliwa, powinniśmy dziękować Bogu za to, że zostaliśmy wyratowani od jej niebezpieczeństw i szkód. Przyjemności młodego wieku odchodzą, jak wszystko inne. Jeśli czas owych przyjemności został spędzony na wykonywaniu aktów czci i dobrych dzieł, owoce takiej młodości pozostają na wieki i stają się środkami, dzięki którym możemy zdobyć młodość w życiu wiecznym.
Następnie zastanowiłem się nad światem, w którym większość ludzi jest zakochana i od którego jest uzależniona. Dzięki światłu Koranu zobaczyłem, że ten świat ma trzy twarze, jedna wewnątrz drugiej:
Pierwsza wskazuje na Najpiękniejsze Imiona Boga i jest dla nich zwierciadłem.
Druga wskazuje na życie ostateczne i jest dla niego polem uprawnym.
Trzecia wskazuje na życie doczesne i jest placem zabaw dla niedbałych.
Co więcej, każdy ma swój własny, rozległy świat wewnątrz naszego świata. Światów istniejących jeden wewnątrz Drugiego jest wręcz tyle, ile jest istot ludzkich. Filarem osobistego świata każdego człowieka jest jego życie. Jeśli ciało człowieka odejdzie, jego świat zawali mu się na głowę, a ten dzień będzie dla niego Dniem Zguby. Ponieważ nieuważni i niedbali nie zdają sobie sprawy z tego, że ich świat będzie tak szybko zniszczony, mają go za trwały (tak jak uważają za trwały nasz świat doczesny) i oddają mu cześć. W myślach rzekłem sam do siebie: "Ja również mam swój prywatny świat, który szybko runie i zostanie zburzony, tak jak światy innych ludzi. Jaką zatem wartość mają ów prywatny świat i moje krótkie życie?"
Wówczas dzięki światłu Koranu zrozumiałem, że tak dla mnie samego, jak i dla każdego innego nasz świat jest tymczasowym miejscem handlu, gospodą, która każdego dnia wypełnia się gośćmi i pustoszeje, targiem, który został założony przy drodze, by przechodzący tą drogą mogli robić na nim zakupy, wciąż odnawianym notatnikiem Przedwiecznego pisarza, Który stale zapisuje i wymazuje Swoje słowa, a każda wiosna jest listem zapisanym złotym atramentem, a każde lato doskonale ułożonym poematem; ujrzałem, że nasz świat jest ukształtowany z luster, które odbijają i odnawiają przejawy Najpiękniejszych Imion Stwórcy, Któremu należy się wszelka chwała, jest polem życia ostatecznego i klombem Bożego miłosierdzia, a także szczególnym, tymczasowym warsztatem, w którym wytwarza się szyldy, jakie zostaną ukazane w świecie wiecznym.
Złożyłem sto tysięcy podziękowań Stwórcy, Któremu należy się wszelka chwała, a Który uczynił nasz świat właśnie takim. Zrozumiałem, że choć rodzajowi ludzkiemu została dana miłość dla pięknych, ukrytych twarzy naszego świata, które wskazują na życie ostateczne i na Najpiękniejsze Imiona Boga, marnotrawiąc tę miłość poprzez kierowanie jej ku tej twarzy świata, która jest przemijająca, szpetna, szkodliwa i zachęca do niedbalstwa, ludzie ujawniają znaczenie hadisu, w którym Posłaniec Boga (niech będzie z nim pokój i miłosierdzie) powiedział: Miłość do życia doczesnego jest naczelnikiem wszystkich błędów.
O, ludzie starsi! Uświadomiłem sobie ową prawdę dzięki światłu Wszechmądrego Koranu, dzięki ostrzeżeniom mojej starości i dzięki wierze, która otworzyła mi oczy. Wykazałem ją i poparłem rozstrzygającymi dowodami w wielu miejscach Traktatów Światła. Doświadczyłem prawdziwego pocieszenia, potężnej nadziei, ujrzałem lśniące światło. Byłem wdzięczny za moją starość i byłem szczęśliwy z powodu odejścia mojej młodości. Wy również nie płaczcie, lecz składajcie Bogu podziękowania. Ponieważ istnieją wiara i prawda, zatem jedynie niedbali mogą być tymi, którzy płaczą, a sprowadzeni z drogi prostej tymi, którzy lamentują.
NADZIEJA DZIEWIĄTA
Podczas pierwszej wojny światowej przebywałem w Kostromie, w odległej guberni północno-wschodniej Rosji jako jeniec wojenny. Był tam mały meczet należący do Tatarów, który stał nad brzegiem sławnej rzeki Wołgi. Często przykrzyło mi się wśród moich przyjaciół, innych oficerów. Tęskniłem do samotności, ale nie mogłem wędrować po okolicy bez zezwolenia. Później, po wpłaceniu kaucji, zabrano mnie do dzielnicy tatarskiej, do owego małego meczetu nad brzegiem Wołgi. Sypiałem tam, samotny. Zbliżała się wiosna. Pośród długich, długich nocy owego północnego kraju cierpiałem na bezsenność; smutny plusk Wołgi, pozbawiony radości stuk kropel deszczu i przygnębiający szept wiatru wśród ciemnych nocy i ciemności zesłania chwilowo zbudziły mnie z głębokiego snu nieuwagi. Jeszcze nie uważałem samego siebie za starego, jednak ci, którzy doświadczyli okropności wielkiej wojny, byli starzy, ponieważ tamte dni, jak ukazuje to werset koraniczny:
uczyniły starymi nawet dzieci. Chociaż miałem wówczas czterdzieści lat, czułem się tak, jakbym miał osiemdziesiąt. W owe długie i ciemne noce, wśród boleści zesłania, w mym przygnębiającym stanie rozpaczałem nad życiem i nad moją ojczyzną. Spojrzałem na swoją bezsilność i samotność, i nadzieja zawiodła.
Wówczas, kiedy byłem w takim stanie, odsiecz przybyła ze strony Mądrego Koranu. Mój język powiedział:
moje serce zawołało z płaczem:g
Kiedy pomyślałem o moich dawnych przyjaciołach w ojczyźnie i wyobraziłem sobie, że umieram na wygnaniu, jak Niyazi Misri, do mojej poszukującej przyjaciela duszy wlały się takie oto wersy:
Uciekając od smutku świata, Lecąc na skrzydłach żarliwości i tęsknoty,
Rozpościeram owe skrzydła w pustce, Z każdym oddechem wołając: "Przyjacielu! Przyjacielu!"
Tak czy inaczej, wśród owej przygnębiającej, godnej politowania, długiej nocy zesłania, pośród której cierpiałem z powodu rozłąki, moja słabość i bezsilność stały się tak skutecznymi środkami i orędownikami na Bożym dworze, że jeszcze dzisiaj wciąż mnie to zdumiewa. Kilka dni później uciekłem na własną rękę, nie znając rosyjskiego, pokonując odległość, na przebycie której byłby potrzebny rok marszu piechotą. Zostałem wybawiony w cudowny sposób, dzięki Bożej łasce, którą zostałem obdarowany w wyniku mojej słabości i bezsiły. Następnie przez Warszawę i Austrię dotarłem do Stambułu. Tak, to, że wyratowałem się w taki sposób i z taką łatwością, było dość niezwykłe! Ukończyłem swój długi lot ku wolności ze swobodą i łatwością, jakie nie byłyby dane nawet najbardziej odważnym i najbardziej przebiegłym ludziom mówiącym po rosyjsku.
Tamta noc, spędzona w meczecie nad brzegami Wołgi, sprawiła, że podjąłem decyzję, by resztę swego życia spędzić jako pustelnik. Rzekłem do siebie: "Już dość tego mieszania się w życie ludzi i społeczeństwa". Ponieważ ostatecznie miałem zstąpić do grobu w samotności, powiedziałem: "Od tej chwili wybieram osamotnienie, by oswoić się z nim". Jednak niestety!, rzeczy niewydające żadnych skutków, jak moi liczni przyjaciele ze Stambułu, blaski życia doczesnego w owym mieście, a zwłaszcza sława i zaszczyty, jakie stały się tam moim udziałem (a które były daleko większe niż moje zasługi), sprawiły, że na pewien czas zapomniałem o mojej decyzji. Było tak, jakby tamta noc na zesłaniu była świetlistą czernią w oczach mojego życia, zaś lśniąca jasność dnia w Stambule jawiła się im jako pozbawiona światła biel. Oczy mego życia nie mogły spojrzeć przed siebie, lecz wciąż drzemały, aż dwa lata później Ghałs al-A'zam, Szejk Gajlani, otworzył moje oczy ponownie poprzez swą księgę Futuh al-Ghajb.
O, starsi mężczyźni i starsze kobiety! Wiedzcie, że starość i niemoc podeszłego wieku są środkami, dzięki którym można zwrócić na siebie uwagę Boga, zdobyć Jego łaskę i miłosierdzie. Przejawy miłosierdzia widoczne na obliczu ziemi ukazują tę prawdę w najbardziej jasnym stylu, tak jak sam zaobserwowałem to przy licznych okazjach. Najsłabsze i najbardziej bezsilne spośród zwierząt są ich młode, lecz są one tymi, które otrzymują najsłodszy i najpiękniejszy przejaw miłosierdzia. Bezsilność piskląt w gnieździe na szczycie drzewa przyciąga do nich przejaw miłosierdzia, wobec którego ich matka jest jak słuchający rozkazów żołnierz. Matka piskląt lata wszędzie wokoło, by przynieść im pożywienie. Kiedy pisklęta rosną w siłę, a ich skrzydła stają się mocniejsze, młode zapominają o swej bezsilności, zaś ich matka mówi do nich: "Lećcie i same znajdźcie własne pożywienie", po czym nie słucha ich dłużej.
Jak owa tajemnica wiary przejawia się w sile, udzielonej pisklętom, tak samo przejawia się w sile udzielanej osobom starszym, które podobne są do młodych pod względem słabości i bezsilności. Pewne doświadczenia, jakich doznałem, doprowadziły mnie do ukształtowania niezachwianego przekonania, zgodnie z którym tak, jak zaopatrzenie niemowląt jest zsyłane im przez Boże miłosierdzie w cudowny sposób i właśnie ze względu na ich bezsilność zostało uczynione wypływającym wprost ze źródeł, jakimi są piersi matek, tak samo zaopatrzenie wierzących spośród osób starszych, którzy osiągnęli niewinność, jest im zsyłane w obfitości. Ta prawda jest udowodniona również przez hadis, który mówi: Gd yby nie starsi spośród twojego ludu z plecami przygiętymi przez podeszły wiek, nieszczęścia spadłyby na was jak powódź. Hadis ten oznajmia zarówno, że źródłem obfitości dla domu są starsi spośród jego mieszkańców, jak również, że to oni chronią dom przed dopustem nieszczęść.
Ponieważ słabość i bezsilność starości są środkami, dzięki którym w tak wielkim stopniu można przyciągnąć uwagę Bożego miłosierdzia; ponieważ w wersetach:
Mądry Koran w najbardziej cudowny sposób i na pięć sposobów wzywa dzieci do tego, by były uprzejme i pełne szacunku wobec swych starszych rodziców; ponieważ religia islamu nakazuje szacunek i współczucie dla osób starszych; ponieważ ludzka natura również wymaga szacunku i litości dla sędziwych starców - przeto my, ludzie starsi, z pewnością otrzymujemy dzięki Bożej łasce znaczące, niezmienne miłosierdzie, szacunek i uczucia innych ludzi, jak również przyjemności natury duchowej wynikające z szacunku i współczucia, w miejsce ulotnych przyjemności cielesnych i żądz młodości, a w takim przypadku nie zamienilibyśmy naszej starości nawet na stokroć piękniejszą młodość. Tak, mogę powiedzieć wam z całkowitym przekonaniem, że choćby dawano mi dziesięć lat młodości starego Saida, nie oddałbym za nie nawet jednego roku starości nowego Saida. Jestem zadowolony z mojego podeszłego wieku, i wy również powinniście być zadowoleni!
NADZIEJA DZIESIĄTA
Przez rok lub dwa lata spędzone w Stambule po powrocie z rosyjskiej niewoli byłem owładnięty przez nieuwagę. Polityka bieżącego dnia sprawiła, że przestałem poświęcać uwagę samemu sobie, lecz roztrwoniłem ją na sprawy świata zewnętrznego. Któregoś dnia siedziałem w pewnym wysokim miejscu, patrząc niedbale na dolinę w Stambule, w której leży Cmentarz Sułtana Eyuba, kiedy zostałem opanowany przez stan umysłu, w którym, spoglądając w dół, ujrzałem, jak mój własny świat umiera, a moja dusza odchodzi. Powiedziałem do siebie: "Zastanawiam się, czy to inskrypcje na nagrobkach są tym, co podsuwa mi takie złudzenia?" i odwróciłem wzrok. Nie patrzyłem w dal, lecz na cmentarz. Wówczas mojemu sercu udzieliła się następująca myśl: "Ten cmentarz, który widzisz wokół siebie, po stokroć obejmuje cały Stambuł, ponieważ Stambuł zdążył już po stokroć opustoszeć. Nie możesz uciec przez rozkazem Wszechmądrego i Potężnego, Który sprawił, że wszyscy mieszkańcy Stambułu zostali zsypani do grobów. Nie jesteś wyjątkiem, ty również odejdziesz".
Wyszedłem z cmentarza i z głową pełną owych niesamowitych myśli wszedłem do małej celki przy Meczecie Sułtana Eyuba, w której
zatrzymywałem się wiele razy wcześniej. Pomyślałem, że po trzykroć jestem gościem: jestem gościem w tym maleńkim pokoiku, gościem w Stambule i gościem na tym świecie, zaś gość musi myśleć o czekającej go drodze. Tak jak opuszczę ten pokój, tak pewnego dnia opuszczę Stambuł, a jeszcze innego dnia odejdę z tego świata.
Kiedy mój umysł pozostawał w takim stanie, serce zostało opanowane przez wielce żałośliwy i bolesny smutek. Nie straciłem jedynie jednego lub dwóch przyjaciół; miałem rozstać się z tysiącami ludzi ze Stambułu, których miłowałem, a także z samym Stambułem, który również bardzo kochałem. Tak, jak miałem rozstać się z setkami tysięcy przyjaciół na tym świecie, tak samo miałem opuścić piękny świat, który mnie urzekł i który umiłowałem. Kiedy zastanawiałem się nad tym, jeszcze raz wspiąłem się do owego miejsca na cmentarzu. Właśnie wtedy ukazali mi się wszyscy zmarli ze Stambułu, chodzący wokół mnie. Od czasu do czasu bywałem w kinie, by czegoś się nauczyć, a moja wizja była podobna filmowi, który ukazuje w teraźniejszości wydarzenia z przeszłości. Wszyscy ludzie, których wówczas zobaczyłem, ukazali mi się jako pochód zwłok. Moja wyobraźnia powiedziała do mnie: "Niektórzy spośród zmarłych pochowanych na tym cmentarzu ukazali ci się, jak maszerują wokół ciebie niby na kinowym ekranie, zatem powinieneś również zobaczyć ludzi teraźniejszości, którzy są w drodze wiodącej ku przyszłemu zstąpieniu do grobu, jako tych, którzy już do niego zstąpili. Oni również są wśród tych trupów, krążących wokół ciebie".
Nagle, dzięki światłu Koranu i dzięki przewodnictwu Ghałs al-A'zam, Szejka Al-Gajlaniego, mój smutek przekształcił się w radość. Oto, jak to się stało:
Światło bijące z Koranu poddało mi następującą myśl: "Kiedy byłeś jeńcem wojennym i przebywałeś na zesłaniu w Kostromie na północnym wschodzie, miałeś jednego lub dwóch przyjaciół spośród oficerów. Wiedziałeś, że tak czy inaczej pewnego dnia pojadą oni do Stambułu. Gdyby jeden z nich zapytał cię: 'Czy chcesz jechać do Stambułu, czy też chcesz pozostać tutaj?', z całą pewnością, jeśli miałeś choć na jotę inteligencji, z radością wybrałbyś podróż do Stambułu, ponieważ spośród tysiąca i jednego twoich przyjaciół dziewięciuset dziewięćdziesięciu dziewięciu przebywało już w Stambule. Tam pozostał jedynie jeden lub dwaj, a oni również mieli opuścić to miejsce. Nie powinieneś zatem traktować udania się do Stambułu jako zasmucającej podróży czy też bolesnej rozłąki. Co więcej, przybyłeś tutaj, i czyż nie byłeś szczęśliwy z tego powodu? Zostałeś wybawiony od długich i ciemnych nocy i od mroźnych, burzliwych zim w nieprzyjacielskim kraju. Przybyłeś do Stambułu, do raju tego świata!"
Dokładnie w ten sam sposób, od waszego dzieciństwa aż po wiek, który osiągnęliście obecnie, dziewięćdziesięciu dziewięciu spośród stu ludzi, których kochaliście, wyemigrowało na cmentarz, który tak was przeraża. Każdy z was ma jednego lub dwóch przyjaciół, którzy wciąż są na tym świecie, a oni również z niego odejdą. Wasza śmierć na tym świecie nie jest rozłąką, lecz zjednoczeniem, jest ponownym połączeniem się ze wszystkimi przyjaciółmi. Mnie samemu przypomniano, że przyjaciele (to jest, ich nieśmiertelne dusze) pozostawili za sobą, pod ziemią, swe zniszczone mieszkania i niektórzy spośród nich wędrują wśród gwiazd, a niektórzy między poziomami pośredniego królestwa.
Tak, Koran i wiara udowadniają ową prawdę z taką pewnością, że powinniście - jeśli nie jesteście całkowicie pozbawieni serc i dusz, a waszych serc nie zadusiło zbłądzenie - uwierzyć w nią tak, jakbyście ujrzeli ją na własne oczy, ponieważ z całą pewnością i oczywistością Najbardziej Szczodry Stwórca, Który upiększa ten świat przez niezliczone rodzaje Swoich upominków i darów, Który ukazuje Swoją absolutną władzę z hojnością i litością, Który zachowuje nawet najmniej znaczące rzeczy, takie jak nasiona, nie unicestwiłby człowieka ani nie wysłał go w niebyt czy na pustkowie, nie postąpiłby z nim tak nieuprzejmie i bez żadnego zamysłu, jak może się to na pozór zdawać, jako że człowiek jest najdoskonalszym, najbardziej wszechstronnym, najważniejszym i najbardziej ukochanym przez Boga spośród wszystkich Jego stworzeń. Raczej jak rolnik rzuca w ziemię ziarno, tak Litościwy Stwórca na pewien czas rzuca pod ziemię (która jest drzwiami prowadzącymi do Jego miłosierdzia) Swoje ukochane stworzenia, by wypuściły pędy w innym życiu.
Po tym, jak otrzymałem owo napomnienie od Koranu, cmentarz stał się dla mnie miejscem bardziej swojskim niż Stambuł. Osamotnienie i odosobnienie stały mi się milsze niż rozmowa i towarzystwo, i znalazłem swą samotnię w Sariyer nad Bosforem. Tam Ghałs al-A'zam (niech Bóg będzie z niego rad) z jego dziełem Futuh al-Ghajb został moim mistrzem, lekarzem i przewodnikiem, podczas gdy Imam Rabbani (niech Bóg będzie z niego rad) z jego Listami został moim towarzyszem, współczującym przyjacielem i nauczycielem. Dziękowałem Bogu, będąc nadzwyczaj szczęśliwy z tego, że dostąpiłem starości, wycofawszy się z dala od cywilizacji i uwolniwszy się od życia społecznego.
O wy, szanowni, którzy wkroczyliście w podeszły wiek i którzy dzięki ostrzeżeniom starości często wspominacie śmierć! Zgodnie ze światłem nauk wiary, jakie przekazuje Koran, powinniśmy spoglądać życzliwym okiem na starość, śmierć i choroby, a pod pewnym względem wręcz powinniśmy je pokochać. Jako że posiadamy nieskończenie drogocenny dar, jakim jest wiara, starość, choroba i śmierć są dla nas przyjemne. Jeśli istnieją rzeczy, które są nam niemiłe, to są nimi grzech, występek, innowacje i zbłądzenie.
NADZIEJA JEDENASTA
Po powrocie z niewoli mieszkałem wraz z mym bratankiem Abdurrahmanem w willi położonej na stambulskim wzgórzu Camlica. Z punktu widzenia życia doczesnego sytuacja, w jakiej się znajdowałem, mogłaby być postrzegana jako najbardziej pomyślna dla ludzi takich jak my, ponieważ zostałem ocalony od losu jeńca wojennego, a w Daru'l-Hikmet odnosiliśmy sukcesy w rozpowszechnianiu wiedzy w sposób wzniosły i odpowiedni do mojego wyuczonego zawodu. Zaszczyty i szacunek, jakie stały się moim udziałem, dalece przekraczały te, na jakie zasługiwałem. Mieszkałem w najpiękniejszym miejscu Stambułu. Wszystkie moje sprawy szły doskonale. Byłem razem z nieżyjącym już Abdurrahmanem, moim bratankiem, który był nadzwyczaj inteligentny i gotów do poświęceń, był dla mnie zarówno uczniem, jak służącym, pisarzem i duchowym synem. Jednak wówczas, kiedy wiedziałem, że jestem bardziej szczęśliwy niż ktokolwiek inny na świecie, spojrzałem w lustro i ujrzałem siwe włosy na mojej głowie i na brodzie.
Nagle powróciło wrażenie duchowego przebudzenia, jakiego doświadczyłem w meczecie w Kostromie podczas niewoli. Zacząłem badać okoliczności i przyczyny, do których czułem autentyczne przywiązanie i które, jak mniemałem, były źródłem szczęśliwości na tym świecie. Jednak, którejkolwiek z nich bym się nie przyglądał, widziałem, że była zepsuta, niewarta przywiązania, zwodnicza. Mniej więcej w tym samym czasie poniosłem konsekwencje niespodziewanie i niewyobrażalnie nielojalnego postępowania przyjaciela, którego miałem za najbardziej wiernego.
Czułem wstręt do świata. Rzekłem sam do siebie: "Czy zostałem oszukany z kretesem? Widzę, że wielu ludzi spogląda na naszą sytuację z zawiścią, podczas gdy w rzeczywistości jest ona godna współczucia. Czy wszyscy ci ludzie są szaleni, czy to ja jestem tym, który oszalał, ponieważ postrzegam wszystkich ahl ad-dunja w taki sposób?"
Tak czy inaczej, w rezultacie owego dotkliwego przebudzenia, spowodowanego przez moją starość, przede wszystkim dostrzegłem przemijającą naturę wszystkich efemerycznych rzeczy, do których byłem przywiązany. Wówczas spojrzałem na siebie i ujrzałem, że jestem całkowicie bezsilny. Następnie moja dusza, która pragnie nieśmiertelności, lecz była rozmiłowana w efemerycznych rzeczach, które wyobrażała sobie jako nieśmiertelne, oznajmiła: "Ponieważ jestem tylko przejściowym bytem związanym z moim ciałem, jakież dobro mogą mi przynieść owe efemeryczne rzeczy? Ponieważ jestem słaba, czegóż mogę oczekiwać od tych bezsilnych rzeczy? Tym, czego potrzebuję, jest Ten, Który jest Wieczny i Trwający, Ten, Który jest Przedwieczny i Wszechmocny, Który dostarczy remedium na moje choroby". Rozpocząłem poszukiwania.
Wówczas przede wszystkim uciekłem się do nauki (którą wtedy studiowałem) płynącej ze starości i zacząłem poszukiwać pocieszenia i nadziei. Jednak niestety, aż do tego czasu wypełniałem swój umysł naukami filozofii na równi z naukami islamu i zupełnie błędnie wyobrażałem sobie owe filozoficzne nauki jako źródło postępu i narzędzie oświecenia. Owe filozoficzne kwestie wielce zbrukały mą duszę i stały się przeszkodą dla rozwoju duchowego. Nagle, dzięki miłosierdziu i szczodrości Wszechmocnego Boga, przybyła mi na pomoc święta mądrość Koranu. Jak objaśniłem to w wielu częściach Traktatów Światła, owa mądrość zmyła brud filozofii i oczyściła z niego moją duszę.
Na przykład, duchowe ciemności wynikające z nauki i filozofii sprawiły, że moja dusza pogrążyła się we wszechświecie. W którąkolwiek stronę nie spojrzałbym, szukając światła, nie mogłem znaleźć żadnego blasku w kwestiach filozoficznych, nie mogłem oddychać. Trwało to aż do chwili, w której wskazówka zawarta w Bożej jedności, jaką dało mi zdanie Wszechmądrego Koranu: Nie ma boga, jak tylko On!, rozproszyła swoim światłem wszystkie warstwy ciemności, tak że mogłem oddychać z łatwością. Jednak opierając się na tym, czego nauczyli się od ludzi zbłądzenia, moja dusza i Szatan zaatakowały mój umysł i serce. Wszelkie dzięki niech będą Bogu Jedynemu za to, że dalsza dyskusja z moją duszą zakończyła się zwycięstwem serca. Owa zamiana częściowo została opisana w wielu fragmentach Traktatów Światła. Uważając to za wystarczające,
w tym miejscu objaśnię tylko jeden dowód spośród tysięcy, by ukazać zwycięstwo mego serca jedynie w tysięcznej części. W ten sposób dowód ów będzie mógł oczyścić dusze niektórych starszych ludzi, które zostały zabrudzone w ich młodości. Ich serca stały się chore, a dusze zepsute przez kwestie, które - choć nazwano je filozofią Zachodu czy też naukami cywilizacji - częściowo są zbłądzeniem, a częściowo drobnostkami. Dzięki Bożej jedności ludzie ci mogą zostać wybawieni od zła Szatana i od zła ich dusz, a to w następujący sposób:
Moja dusza rzekła w imię nauki i filozofii: "Zgodnie z naturą rzeczy, byty we wszechświecie oddziałują na inne byty. Każda rzecz wskazuje na swoją przyczynę. Przyczyn zaistnienia owocu należy szukać w drzewie, a przyczyn istnienia ziarna - w glebie. Jaki więc jest sens w poszukiwaniu przyczyn najdrobniejszych i najmniej znaczących rzeczy u Boga oraz w błaganiu Go o owe rzeczy bez znaczenia?"
Dzięki światłu Koranu, znaczenie Bożej jedności odsłoniło się wówczas przede mną w następujący sposób: Podobnie jak największe rzeczy, również te najmniejsze i najdrobniejsze mają swój początek w mocy Stwórcy całego wszechświata i wyłaniają się z Jego skarbca, nie mogą pojawiać się w jakikolwiek inny sposób. Jeśli chodzi o przyczyny, są one jedynie zasłoną. W odniesieniu do kunsztu i aktu stwórczego, niekiedy stworzenia, które uważamy za najmniejsze i najmniej znaczące są wspanialsze od największych stworzeń. Nawet jeśli mucha nie jest większym przejawem kunsztu niż kurczak, nie jest również mniejszym, a w takim razie nie powinno czynić się rozróżnienia między rzeczami wielkimi i małymi. Albo wszelkie rzeczy powinniśmy rozdzielić pomiędzy przyczyny materialne, albo też powinniśmy niezwłocznie przypisać ich istnienie Temu, Który jest Jeden. Jak pierwsze stanowisko jest niemożliwością, tak drugie niezbędną koniecznością.
Jeśli bowiem byty zostaną przypisane jednej istocie, czyli Przedwiecznemu i Wszechmocnemu, to jako że Jego wiedza, której istnienie jest pewne z powodu porządku i mądrości widocznych we wszystkich istotach, obejmuje każdą rzecz; jako że miara właściwa każdej rzeczy jest ustalona przez Jego wiedzę; jako że widzimy, jak istoty, które są pełne nieskończonych przejawów kunsztu, stale są powoływane do istnienia z niczego, a przy tym z nieskończoną łatwością; jako że zgodnie z niezliczonymi i potężnymi dowodami na to, że Wszechwiedzący i Wszechmocny jest w stanie stworzyć, cokolwiek zechce, jedynie poprzez rozkaz «Bądź!» - i ona jest i z taką łatwością, z jaką zapalamy zapałkę; jako że, jak zostało to wyjaśnione w wielu częściach Traktatów Światła, a udowodnione zwłaszcza
w Liście Dwudziestym i pod koniec Błysku Dwudziestego Trzeciego, posiada On nieskończoną moc - ponieważ tak jest, zatem nadzwyczajna łatwość i lekkość, jakie widzimy w stwarzaniu, wynikają z owej wiedzy, która obejmuje każdą rzecz, i z owej olbrzymiej mocy.
Na przykład, jeśli użyjemy szczególnego roztworu, by odczytać księgę napisaną atramentem sympatycznym, ta ogromna księga nagle ukaże swoje istnienie, a przeczytanie jej stanie się możliwe. Dokładnie w ten sam sposób szczególny kształt i określona miara każdej rzeczy są ustalone przez obejmującą każdą rzecz wiedzę Przedwiecznego i Wszechmocnego. Poprzez swój rozkaz «Bądź!» - i ona jest, ze Swą nieograniczoną mocą i przenikającą wszystko wolą, jak ktoś, kto rozprowadza właściwy roztwór na niewidocznym piśmie, Wszechmocny używa przejawu Swojej mocy, by z całkowitą łatwością i lekkością nadać zewnętrzny kształt bytom, które istnieją w Jego wiedzy, ukazując hafty utkane przez Jego mądrość i czyniąc je możliwymi do odczytania.
Jeśli nie przypiszemy wszystkich rzeczy razem wziętych Przedwiecznemu i Wszechmocnemu, Który obejmuje Swoją wiedzą każdą rzecz, wówczas musielibyśmy zgromadzić w określonej mierze większość różnorodnych bytów istniejących we wszechświecie w ciele najdrobniejszej rzeczy, jaką jest mucha, zaś cząsteczki pracujące w maleńkim ciele muchy musiałyby znać tajemnice jej stworzenia i doskonałego kunsztu widocznego nawet w najmniejszych szczegółach jej ciała, ponieważ - z czym zgadzają się wszyscy, którzy posiadają inteligencję - przyczyny materialne i przyczyny natury nie mogą stworzyć jakiejkolwiek rzeczy z niczego, a jeśli nawet stwarzają, musiałyby zgromadzić i połączyć wszystkie składniki owej istoty. Ponieważ w każdej istocie żywej (niezależnie od tego, jaka to istota) zawarte są próbki większości pierwiastków, a także większości gatunków stworzeń - jako że stworzenia żywe są wręcz jak ziarno lub sedno całego wszechświata, dla przyczyn naturalnych z całą pewnością będzie niemożliwe zgromadzenie pierwiastków zawartych w całym drzewie tak, by stworzyły nasiono owego drzewa, jak też stworzenie istoty żywej z tego, co rozrzucone jest po całym obliczu ziemi, przesianie owych składników przez najdrobniejsze sito i odmierzenie ich w zgodzie z najdelikatniejszą równowagą. Ponieważ przyczyny naturalne są nieświadome i pozbawione życia, a także nie mają wiedzy potrzebnej do ustanowienia planu, spisu, modelu czy programu, zgodnie z którym mogłyby sporządzić odlew wszystkich części niematerialnej matrycy istoty, o której mówimy, nie mogą również zakłócić ani zepsuć porządku, zgodnie z którym ta istota została stworzona, a jest zupełnie jasnym, jak bardzo dalekie od rozsądku i od tego, co jest możliwe, jest przypuszczanie,
że owe przyczyny, nie posiadając formy ani miary, mogą sprawić bez rachunków i wyliczeń, by cząsteczki płynące jak fala powodzi pozostawały jedna na drugiej, uporządkowane w swej masie, by nie rozproszyły się - a byłoby to konieczne, ponieważ każda rzecz ma własną formę i miarę, mądrze wybraną spośród wszystkich możliwych. Z pewnością ujrzy to każdy, kto nie cierpi z powodu ślepoty w swym sercu. Tak, w konsekwencji owej prawdy, a zgodnie ze znaczeniem wersetu:
gdyby nawet wszystkie przyczyny materialne zebrałyby się razem, gdyby posiadały wolę, nie mogłyby poprzez syntezę stworzyć nawet jednej muchy, jej układów i narządów, zachowując ich określoną równowagę. Nawet gdyby zgromadziły razem wszystko, co składa się na jej ciało, nie mogłyby sprawić, by wszystkie składniki pozostały w zgodności ze szczególną miarą, ściśle określoną dla danej istoty. Nawet gdyby były w stanie to uczynić, nie mogłyby sprawić, by wszystkie drobne cząsteczki, które wciąż odnawiają się, są powoływane do istnienia i wykonują swoją pracę, wykonywały ją z taką regularnością i porządkiem. W takim przypadku z całą pewnością nie możemy przyznać przyczynom prawa własności rzeczy, a to oznacza, że ich Prawdziwym właścicielem jest ktoś inny.
Zaiste, owym Prawdziwym właścicielem jest Ten, Który, zgodnie ze znaczeniem wersetu:
powołuje do życia wszystkie stworzenia na obliczu ziemi z taką łatwością, z jaką powołuje do życia jedną muchę. On stwarza wiosnę z taką łatwością, z jaką stwarza jeden kwiat. On nie potrzebuje gromadzić wszystkich składników bytu, ponieważ do Niego należy rozkaz «Bądź!» - i ona jest; ponieważ każdej wiosny stwarza On z niczego niezliczo ne cechy, formy i kształty niezliczonych istot wiosny wraz ze wszystkim, co składa się na ich ciała; ponieważ On w Swej wiedzy ustala plan, model, spis i program każdej rzeczy; ponieważ obejmuje Swą wiedzą i mocą wszystkie drobne cząsteczki, będące w nieustannym ruchu (a nic nie jest w stanie zakłócić owego ruchu choćby na jotę!); przeto On jest Tym, Który stwarza każdą rzecz z nieskończoną łatwością równą łat wości zapalenia zapałki,
a drobne cząsteczki przypominają regularną, zdyscyplinowaną armię w ten sam sposób, w jaki planety są słuchającym Jego rozkazów wojskiem.
Ponieważ ruch cząsteczek opiera się na przedwiecznej mocy, a funkcjonują one zgodnie z zasadami przedwiecznej wiedzy, praca, którą wykonują, również jest powoływana do istnienia przez tę samą moc. Nie można zatem uważać ich za pozbawione znaczenia poprzez poczytywanie za nieistotną natury każdej z nich, ponieważ dzięki sile, jakiej daje każdej rzeczy związek z mocą jej Stwórcy, mucha mogła zabić Nimroda, mrówka mogła zniszczyć pałac Faraona, a drobne nasiono sosny dźwiga na swoich barkach ciężar wielkiego jak góra drzewa sosnowego. Udowodniliśmy ową prawdę w wielu miejscach Traktatów Światła: tak jak dzięki zaciągnięciu się do wojska i połączeniu z królem szeregowy żołnierz może wziąć do niewoli innego króla, co po sto tysięcy razy przekraczałoby jego własne możliwości, tak samo dzięki temu, że są połączone z Przedwiecznym i Wszechmocnym, wszelkie rzeczy mogą przejawiać cuda kunsztu po sto tysięcy razy przekraczające możliwości natury i jej przyczyn.
W skrócie: Fakt, że wszelkie rzeczy są powoływane do istnienia zarówno z nieskończonym kunsztem, jak i z nieskończoną łatwością, ukazuje, że są one dziełami Przedwiecznego, Wszechmocnego, do Którego należy wiedza obejmująca każdą rzecz. W przeciwnym razie, nie mówiąc już o tym, że ich zaistnienie byłoby związane ze stoma tysiącami trudności przekraczających granice możliwości, a wchodzących w zakres tego, co niemożliwe, żadna rzecz nie mogłaby zostać powołana do istnienia, zaiste, ich zaistnienie byłoby niemożliwe i wykluczone.
Dzięki tak subtelnemu, silnemu, gruntownemu i jasnemu dowodowi moja dusza, która przez pewien czas była uczniem Szatana i rzecznikiem ludzi zbłądzenia oraz filozofów, zamilkła i, wszelka chwała niech będzie Bogu Jedynemu, dostąpiła pełni wiary. Wówczas powiedziała:
"Tak, Tym, Którego potrzebuję, jest Stwórca i Pan, Który utrzymuje każdą rzecz, Który dzięki Swej mocy zna najmniej znaczące myśli mego serca i moje najbardziej skryte życzenia. Jak odpowiada On na najgłębiej ukryte spośród moich potrzeb, tak przekształci wielką ziemię w świat życia ostatecznego, by dać mi wieczną szczęśliwość, usunie ten świat, a zastąpi go światem ostatecznym. Stworzył niebiosa z taką łatwością, z jaką stwarza muchę, i jak umieścił słońce niby oko w twarzy nieba, tak może umieścić drobną cząsteczkę w źrenicy mego oka, zaś ten, kto nie może stworzyć nawet muchy, nie może ingerować w myśli mojego serca ani nie jest w stanie usłyszeć mych usilnych próśb. Ten, kto nie jest w stanie stworzyć niebios, nie może również dać mi wiecznego szczęścia. Wobec
tego moim Panem jest Ten, Który zarówno oczyszcza myśli mojego serca, jak też (tak, jak w ciągu godziny zapełnia niebo chmurami i sprawia, że znikają z niego) przekształci ten świat w świat życia ostatecznego, stworzy Raj i otworzy przede mną jego bramę, zapraszając mnie, bym weszła".
O, moi starsi bracia, którzy w wyniku niepowodzeń jesteście podobni mojej duszy, poświęcając część waszego życia pozbawionej światła, materialistycznej filozofii i nauce Zachodu! Pojmijcie, jak potężnym, prawdziwym, niewzruszonym, niezniszczalnym, niezmiennym i świętym filarem wiary jest Boże zarządzenie: Nie ma boga, jak tylko On!, wiecznie wypowiadane językiem Koranu, jak rozwiewa ono wszelkie duchowe ciemności i jak leczy wszelkie rany duszy!
Włączam tę długą historię do drzwi nadziei, jakie otworzyła przede mną moja starość. Czynię to jak gdyby nieumyślnie, choć tego nie chciałem, zaiste, odwróciłem się plecami do tego zamiaru, ponieważ sądziłem, że ta historia byłaby nudna. Muszę jednak powiedzieć, że czułem się zmuszony do tego, by ją opisać. Tak czy inaczej, wróćmy do głównego tematu.
W wyniku pojawienia się siwizny w moich włosach oraz w mojej brodzie, a także z powodu braku lojalności tego, kogo miałem za szczerego przyjaciela, poczułem wstręt do przyjemności życia doczesnego w Stambule, choć było ono pozornie przyjemne i tak lśniące, jakby było pozłacane. Moja dusza zaczęła poszukiwać przyjemności duchowych zamiast przyjemności, przez które wcześniej była opętana. Pragnęła światła i pociechy na starość, która - patrząc z punktu widzenia ludzi nieuważnych - jest zimna, uciążliwa i przykra. Dzięki po sto tysięcy razy i wszelka chwała niech będą Bogu Jedynemu za to, że jak znalazłem prawdziwe, trwałe i słodkie rozkosze (w miejsce owych wszystkich fałszywych i ulotnych przyjemności tego świata, będących w istocie przykrościami) w Jego słowach: Nie ma Boga, jak tylko On!, a także w świetle Bożej jedności, tak dzięki owemu światłu ujrzałem, że starość, która w oczach nieuważnych jest zimna i przykra, w istocie jest najbardziej jasna, ciepła i świetlista.
O, starsi mężczyźni i starsze kobiety! Ponieważ macie wiarę, ponieważ przedkładacie Bogu wasze suplikacje, co jeszcze rozświetla i powiększa wiarę, możecie uważać waszą starość za wieczną młodość, ponieważ dzięki niej możecie zyskać wieczną młodość. Tą starością, która prawdziwie jest zimna, uciążliwa, szpetna, ciemna i pełna bólu, jest starość ludzi zbłądzenia, a te same cechy zaiste ma ich młodość. To oni powinni płakać i żałośliwie wzdychać, podczas gdy wy, o szanowni, wierni, starsi ludzie, powinniście z radością składać Bogu dzięki, mówiąc: "Wszelka chwała i dzięki niech będą Bogu Jedynemu za każdą sytuację!"
NADZIEJA DWUNASTA
Pewnego razu byłem przetrzymywany w powiecie Barla prowincji Isparta, w niewoli, którą nazwano wygnaniem. Byłem w prawdziwie żałosnym stanie, cierpiąc zarówno z powodu choroby, jak również starości, pozbawiony domu, samotny w całej wiosce, bez nikogo, odcięty od jakiegokolwiek towarzystwa czy kontaktu z ludźmi. Wówczas, w Swoim doskonałym miłosierdziu, Wszechmocny Bóg obdarował mnie światłem dotyczącym subtelnych kwestii i tajemnic Mądrego Koranu, a owo światło stało się dla mnie źródłem pocieszenia. Starałem się zapomnieć o moim godnym politowania, smutnym stanie. Byłem w stanie zapomnieć o moich rodzinnych stronach, o moich przyjaciołach i krewnych, lecz niestety!, był jeden człowiek, o którym nie mógłbym zapomnieć, a był nim Abdurrahman, który był zarówno moim bratankiem, jak synem duchowym, najbardziej oddanym uczniem i najdzielniejszym przyjacielem. Zostaliśmy rozłączeni sześć lub siedem lat wcześniej. Ani on nie wiedział, gdzie jestem, by mógł pospieszyć mi z pomocą i pociechą, ani ja nie znałem jego sytuacji, bym mógł napisać do niego i by jeden z nas mógł zwierzyć się drugiemu. Teraz, na starość, potrzebuję kogoś tak wiernego i gotowego do poświęceń, jak on.
Wówczas niespodziewanie pewien człowiek wręczył mi list. Otworzyłem go i ujrzałem, że był on od Abdurrahmana i był napisany w sposób, który ukazywał jego prawdziwe "ja". Ta jego część, która jasno ukazywała trzy przykłady cudownego działania, stała się jedną z części Listu Dwudziestego Siódmego. List spowodował, że zapłakałem, i wciąż powoduje, że płaczę. Nieżyjący już Abdurrahman napisał w tym liście z powagą i szczerością, że jest zniesmaczony przyjemnościami tego świata, a jego największym pragnieniem jest odnaleźć mnie, by spojrzeć na potrzeby mej starości, tak jak ja patrzyłem na jego potrzeby, kiedy był młody. Chciał również pomóc mi - poprzez swoje zdolne pióro - w moim prawdziwym obowiązku na tym świecie, jakim było rozpowszechnianie tajemnic Koranu. Napisał nawet w swym liście: "Przyślij mi dwadzieścia lub trzydzieści traktatów, a ja sporządzę dwadzieścia lub trzydzieści kopii każdego z nich i znajdę innych, którzy również będą je przepisywali".
Jego list uczynił mnie pełnym nadziei w odniesieniu do spraw tego świata. Myśląc, że oto znalazłem śmiałego ucznia, który jest tak inteligentny, jakby był geniuszem, który będzie wspierał mnie bardziej wiernie i z większym przywiązaniem, niż mógłby to robić rodzony syn, zapomniałem o dręczących mnie niewoli, samotności, wygnaniu i starości.
Abdurrahman otrzymał kopię Słowa Dziesiątego, traktującego o wierze w życie ostateczne, zanim jeszcze napisał swój list. Słowo Dziesiąte było
dla niego niby remedium, leczące wszystkie duchowe rany, jakie odniósł przez poprzednie sześć lub siedem lat. Następnie napisał do mnie list, jakby czekał na śmierć z prawdziwie silną i lśniącą wiarą. Niestety!, miesiąc lub dwa później, gdy myślałem o tym, że może jeszcze raz uda się iść przez szczęśliwe życie tego świata razem z Abdurrahmanem, otrzymałem wiadomości o jego śmierci. Byłem tak wstrząśnięty, że jeszcze teraz, pięć lat później, czuję, jak bardzo jego śmierć dotknęła mnie żalem, smutkiem, poczuciem rozłąki (daleko przekraczającej tę, którą cierpiałem z powodu mej niewoli), samotności, wygnania, starości, a także choroby, która mnie wówczas dręczyła. Połowa mojego własnego świata umarła wraz ze śmiercią mojej matki, a wraz ze śmiercią Abdurrahmana umarła jego druga połowa. Gdyby żył, mógłby zarówno pomóc mi w moich obowiązkach dotyczących życia ostatecznego, jak również stać się godnym następcą, który po mojej śmierci zająłby moje miejsce, a także byłby dla mnie najbardziej gotowym do poświęceń przyjacielem i pocieszeniem. Byłby najmądrzejszym z moich uczniów, towarzyszem, najbardziej godnym zaufania obrońcą i tym, w którego rękach znalazłyby się Traktaty Światła.
Tak, przez wzgląd na ludzką naturę straty tego rodzaju są nadzwyczaj bolesne i dotkliwe dla ludzi takich jak ja. To prawda, że z pozoru starałem się mężnie znieść tę stratę, lecz w mojej duszy szalała gwałtowna burza. Gdybym od czasu do czasu nie znajdował pocieszenia wypływającego z Koranu, nie byłbym w stanie znieść tej sytuacji. W owym czasie zwykłem samotnie wędrować po górach i dolinach Barli. Siadałem w odludnych miejscach, wśród mych smutków, a przez moją wyobraźnię przesuwały się niczym film obrazy szczęśliwego życia, jakie w dawnych czasach wiodłem wraz z mymi uczniami podobnymi Abdurrahmanowi.
Ponieważ z powodu starości i wygnania łatwo się rozczulałem, owe obrazy złamały moją wytrzymałość. Nagle odsłoniło się przede mną święte znaczenie wersetu:
które spowodowało, że wykrzyknąłem po dwakroć: "O, Ty, Który jesteś Wieczny, nikt nie jest wieczny, jak tylko Ty!" i prawdziwie mnie pocieszyło.
Wówczas, zainspirowany przez znaczenie powyższego wersetu, jak jest to opisane w traktacie Szeroka droga praktyki Proroka, ujrzałem samego siebie, kiedy przebywałem w owej odludnej dolinie i pośród smutku,
na czele trzech olbrzymich trupów. A oto, co ukazało się przed oczami mojej wyobraźni:
W pierwszej wizji ujrzałem samego siebie jako płytę na grobie pięćdziesięciu pięciu martwych Saidów, którzy zostali w nim pochowaniu w trakcie pięćdziesięciu pięciu lat mego życia.
Drugimi zwłokami był ogromny trup wszystkich moich towarzyszy, jacy zmarli od czasów Adama (niech będzie z nim pokój) i zostali pochowani w grobie przeszłości.
Trzeci trup był trupem wielkiego świata, który (podobnie jak istoty ludzkie z ich przemijającymi światami, umierającymi każdego roku) również umrze - zgodnie ze znaczeniem przytoczonego wcześniej wersetu.
rozświetlił nigdy niegasnącym światłem ową straszliwą wizję, jaka wynikała z mojego żalu po śmierci Abdurrahmana, i dał mi prawdziwe pocieszenie, przybył mi na pomoc wraz ze swym aluzyjnym znaczeniem, poprzez które oznajmia: "Ponieważ Wszechmocny Bóg istnieje, zajmuje miejsce wszelkich innych rzeczy. Ponieważ On jest Wieczny, z pewnością jest również wystarczy On człowiekowi, a pojedynczy przejaw Jego łaski może zastąpić cały świat". Ten jeden przejaw Bożego światła tchnął życie w trzy wyżej wspomniane ogromne trupy, ukazując, że naprawdę nie są one zwłokami, lecz ludźmi, którzy po wypełnieniu swoich obowiązków odeszli do innych światów. Owa tajemnica została wyjaśniona w Błysku Trzecim, zatem poprzestając na tym, co zostało napisane powyżej, w tym miejscu powiem tylko tyle, że dwukrotne wypowiedzenie zdania: "O, Ty, Który jesteś Wieczny, nikt nie jest wieczny, jak tylko Ty!", które obrazuje znaczenie słów Boga: Wszelka rzecz zginie z wyjątkiem Jego oblicza, ocaliło mnie od rozpaczy i smutku. Oto, jak to się stało:
Kiedy za pierwszym razem wypowiedziałem słowa: "O, Ty, Który jesteś Wieczny, nikt nie jest wieczny, jak tylko Ty!", stały się one lekarstwem podobnym operacji chirurgicznej dla mych niezliczonych ran natury duchowej wynikających z przemijania świata (a także z odchodzenia przyjaciół zamieszkujących ten świat, do których byłem przywiązany) i zrywania więzi, jakie mnie z nim łączyły.
Kiedy za drugim razem wyrzekłem zdanie: "O, Ty, Który jesteś Wieczny, nikt nie jest wieczny, jak tylko Ty!", było ono zarówno balsamem na wszystkie owe nieprzeliczone rany, jak również lekarstwem i odtrutką, bowiem oznacza ono: "Ty jesteś Wieczny. Jeśli wszystko inne odejdzie, niech tak będzie; Ty mi wystarczysz. Ponieważ Ty pozostaniesz na wieki, pojedynczy przejaw Twego miłosierdzia wystarczy, by zastąpić wszystko, co przemija. Ponieważ Ty istniejesz, wszystko istnieje dla człowieka zdającego sobie sprawę z połączenia z Twym istnieniem, które to połączenie ustanawiają wiara i czyny nakazywane przez islam, spełniane zgodnie z relacją między człowiekiem a jego Panem. Przemijanie i strata, śmierć i niebyt, są jedynie zasłoną, a w istocie są odnawianiem, są jak podróż przez różne kraje". Kiedy tak pomyślałem, bolesny, smutny, żałośliwy, ciemny, straszny i splamiony rozłąką stan mojego umysłu przekształcił się w szczęśliwy, radosny, przyjemny, świetlisty, miły i dobrze znany stan. Mój język i moje serce, zaiste, wszystkie cząsteczki mojej istoty właściwym sobie językiem wykrzyknęły: "Wszelka chwała niech będzie Bogu Jedynemu!"
Oto, jakie jest znaczenie jednej tysięcznej owego przejawu Bożego miłosierdzia: Kiedy powróciłem z owej doliny smutku, z owego stanu przygnębienia do Barli, ujrzałem tam młodego człowieka, który nazywał się Mustafa Kuleonlu, a przybył, by zadać mi kilka pytań dotyczących pięciokrotnej modlitwy i oczyszczania się. Choć wówczas nie przyjmowałem żadnych gości, moja dusza - jakby dzięki dalekowzroczności - dostrzegła jego szczerość i wartościowe usługi, jakie ów człowiek miał w przyszłości oddać Traktatom Światła,
a ja nie odwróciłem się od niego, lecz przyjąłem go.
Mustafa zaprawdę pokazał, że nie tylko był godzien tego, bym go przyjął, lecz także zasługiwał na przyszłość.
(*): Oto zdarzenie, które potwierdza przepowiednię Nauczyciela mówiącą o tym, że Mustafa, pierwszy spośród uczniów Światła, wart był przyszłości: Dwa dni przed 'Id al-Adha, Świętem Ofiarowania, Nauczyciel zamierzał wyjść z domu, by odetchnąć świeżym powietrzem. Kiedy wysłał mnie, bym przyprowadził konia, powiedziałem do niego:
"Nie schodź na dół. Zamknę drzwi od środka i wyjdę przez drewutnię". Nauczyciel odparł: "Nie, wyjdź przez drzwi". Zszedł na dół, a kiedy wyszedłem, zaryglował za mną drzwi, wrócił na górę i położył się spać. Chwilę później przyszli Mustafa Kuleonlu i Hadżi Osman. Nauczyciel nie przyjmował wtedy żadnych gości i nie miał zamiaru nikogo przyjmować. Nigdy nie przyjąłby dwóch osób naraz (władze zabroniły Bediuzzamanowi przyjmowania jakichkolwiek gości - uz. red. pol.), zwłaszcza o takiej godzinie, i poprosiłby ich, żeby odeszli. Niemniej jednak, kiedy nasz brat Mustafa Kuleonlu, o którym tutaj mówimy, przyszedł wraz z Hadżim Osmanem, było tak, jakby drzwi powiedziały do niego językiem właściwym swej naturze: "Nauczyciel cię nie przyjmie, ale otworzymy się przed tobą". Choć były zaryglowane od środka, drzwi same otworzyły się przed Mustafą. Oznacza to, że jak przyszłość potwierdziła słowa Nauczyciela: "Mustafa jest godzien przyszłości", tak drzwi również to zaświadczyły. (Za zgodność: Husrev).
Tak, to, co napisał Husrev, jest słuszne, a ja to potwierdzam. Drzwi zarówno powitały błogosławionego Mustafę w moim zastępstwie, jak też przyjęły go.
Później stało się jasne, że Wszechmocny Bóg
zesłał mi Mustafę (który jako godny następca i prawdziwy dziedzic dzieł wynikających ze służby Traktatom Światła miał całkowicie wypełnić swoje obowiązki) jako próbkę tego, co da mi w zamian za Abdurrahmana, jakby mówił: "Odebrałem ci jednego Abdurrahmana, lecz w zamian dam ci trzydziestu takich, jak ten Mustafa, którego widzisz, by byli dla ciebie zarówno uczniami, jak bratankami, duchowymi synami, braćmi i pełnymi poświęcenia towarzyszami w twej służbie dla religii".
Tak, niech wszelka chwała będzie Bogu Jedynemu, który zaprawdę dał mi trzydziestu ludzi podobnych Abdurrahmanowi! Rzekłem do siebie: "O, ty, którego serce płacze! Ponieważ ujrzałeś ową próbkę, a Bóg poprzez nią uleczył najcięższe z twych ran natury duchowej, bądź pewien, że uleczy On również pozostałe".
O, moi starsi bracia i starsze siostry, którzy w czasie waszej starości jak ja utraciliście dziecko lub bliskiego krewnego, którego serdecznie miłowaliście, którzy prócz ciężarów podeszłego wieku musicie dźwigać brzemię palących smutków wynikających z rozłąki! Pojęliście, że choć sytuacja, w jakiej się znajdowałem, była znacznie bardziej przykra od waszej, zostałem uleczony i uzdrowiony poprzez werset Koranu. Tak jest, w owej świętej aptece znajdziecie lekarstwa na wszystkie wasze trudności. Jeśli odwołacie się do niej poprzez wiarę i jeśli zrobicie użytek z owych lekarstw poprzez akty czci, ciężary i smutki waszej starości zostaną wydatnie złagodzone.
Pisząc ów długi rozdział, nie chciałem was zanudzić, lecz powodem jego napisania było poszukiwanie modlitw za zmarłego Abdurrahmana. Ukazałem najgorszą z mych ran w nadzwyczaj żałośliwy i niemiły sposób (co może was nadmiernie zdenerwować i zniechęcić), ponieważ moim zamysłem było ukazanie, jak cudownym remedium jest święte lekarstwo Wszechmądrego Koranu i jak lśniące jest bijące z niego światło.
NADZIEJA TRZYNASTA
W tej Nadziei opiszę ważne wydarzenie z mego życia; będzie ona cokolwiek przydługa, zatem mam nadzieję, że nie znudzi was ani nie urazi
Po tym, jak podczas wielkiej wojny zostałem wyratowany z niewoli w Rosji, służba, którą wykonywałem dla religii w komitecie Daru'l-Hikmet, zatrzymała mnie w Stambule na dwa lub trzy lata. Po tym czasie dzięki przewodnictwu Wszechmądrego Koranu, dzięki duchowemu oddziaływaniu Szejka Gajlaniego i dzięki przebudzeniu, jakie przyniosła mi starość, poczułem zmęczenie życiem cywilizacji Stambułu i wstręt do błyskotek życia jego społeczeństwa. Tęsknota za rodzinnymi stronami przywiodła mnie tutaj; przybyłem do Van z myślą, że ponieważ muszę umrzeć, niechaj przynajmniej umrę we własnym kraju.
Przede wszystkim odwiedziłem moją medresę Horhor w mieście Van. Podczas okupacji rosyjskiej Ormianie zrównali ją z ziemią, podobnie jak inne budynki. Szkoła stała bezpośrednio pod sławną cytadelą miasta Van (która jest wielkim monolitem podobnym skale), sąsiadowała z nią. Przed moimi oczami ukazali się przyjaciele, bracia i bliscy mi uczniowie tej szkoły. Niektórzy spośród owych oddanych przyjaciół stali się męczennikami, zaś inni zmarli z powodu tak strasznego nieszczęścia, wskutek czego również osiągnęli męczeństwo.
Nie mogłem powstrzymać się od płaczu. Wspiąłem się na szczyt cytadeli, która górowała nad medresą, wznosząc się nad nią na wysokość dwóch minaretów, i tam usiadłem. W wyobraźni powróciłem do minionych siedmiu lub ośmiu lat i wędrowałem po nich. Byłem sam i nie było nikogo, kto rozpraszałby moją uwagę lub zawrócił mnie z tej drogi. Kiedy rozpostarł się przede mną widok na owe siedem czy osiem lat, zobaczyłem, że wydarzeń owego czasu wystarczyłoby, żeby wypełnić nimi cały wiek. Ujrzałem, że miasto leżące u stóp cytadeli całkowicie spłonęło i zostało zniszczone, jakby od czasu, kiedy widziałem je ostatnim razem, minęło dwieście lat. Cóż za nieskończenie smutny widok! Większość mieszkańców owych domów była moimi przyjaciółmi lub znajomymi, a większość z nich albo zmarła podczas tułaczki (oby Bóg się nad nimi zmiłował), albo musiała iść na nieszczęsne wygnanie. Pozostała jedynie dzielnica ormiańska; wszystkie domy muzułmanów w mieście Van zostały zrównane z ziemią. Moje serce było rozdarte, a ja sam tak wzruszony, jakbym miał tysiąc szlochających oczu. Powróciłem z wygnania do rodzinnych stron i sądziłem, że zostałem uratowany, lecz niestety!, najbardziej opłakanego zesłania doświadczyłem w ojczyźnie. Ujrzałem, że setki moich uczniów i przyjaciół, z którymi byłem tak blisko związany (podobnych Abdurrahmanowi, o którym pisałem w Nadziei Dwunastej), zstąpiły do grobów, a ich domy zostały obrócone w gruzy.
Pewne wersy od dawna były obecne w moim umyśle, lecz nie pojmowałem ich prawdziwego znaczenia. Teraz, w obliczu owej smutnej sceny, otrzymałem ich całkowite zrozumienie. A oto te słowa:
Oznacza to, że najbardziej zabójcza dla człowieka jest rozłąka z tymi, których miłuje. Tak, nic innego nie przyniosło mi tyle cierpienia i smutku, co sytuacja, którą opisałem powyżej. Gdyby nie wsparcie, jakie otrzymałem od Koranu i od wiary, żal, smutek i cierpienie sprawiłyby, że moja dusza uleciałaby z ciała.
Od najdawniejszych czasów poeci opłakiwali w swych wierszach zniszczenie, jakie czas przynosił miejscom, w których przebywali razem z ukochanymi osobami. Ujrzałem ów najbardziej bolesny widok na własne oczy. Moje serce i dusza dołączyły do moich oczu i również zapłakały ze smutkiem kogoś, kto chodzi po miejscach, w których dwieście lat wcześniej mieszkali jego ukochani przyjaciele. Jedna po drugiej sceny szczęśliwego życia, jakie wiodłem przez blisko dwadzieścia lat studiów z mymi wartościowymi uczniami, kiedy ich domy, które teraz leżały w gruzach, były jeszcze kwitnące i radosne, pojawiały się przede mną jak obrazy w kinie, by następnie ginąć i przepadać. Oczy mojej wyobraźni spoglądały na to wszystko przez pewien czas.
Wówczas zadziwił mnie stan ahl ad-dunja. "Jak to się dzieje", rzekłem do siebie, "że oszukują oni samych siebie, skoro ta sytuacja pokazuje, że świat jest krótkotrwały, a ludzie są w nim jedynie gośćmi?" Ujrzałem na własne oczy, jak prawdziwe są słowa, stale powtarzane przez ludzi prawdy: "Świat jest okrutny, zdradliwy, zły; nie daj mu się oszukać!" Ujrzałem także, że jak człowiek jest powiązany z własnym ciałem i domostwem, tak samo jest powiązany ze swym miastem, ze swym krajem i ze światem. Kiedy dwoje moich oczu płakało nad żałosnym stanem mojego ciała w dobie jego starości, chciałem mieć dziesięcioro oczu, które mogłyby płakać nie tylko nad starością mojej medresy, lecz nad jej śmiercią. Potrzebowałem setki oczu, które mogłyby zapłakać nad tym, że mój piękny kraj rodzinny jest w połowie martwy.
W hadisie powiedziano, że każdego ranka aniołowie wołają do ludzi: Urodziliście się, by umrzeć, a to, co wznosicie, zostanie zniszczone. Nie tylko usłyszałem tę prawdę na własne uszy, lecz również ujrzałem ją własnymi oczami.
Dziesięć lat później wciąż płaczę, kiedy myślę o owej sytuacji, tak samo jak wówczas spowodowała ona, że zapłakałem. Tak, ruiny domów u podnóża starożytnej cytadeli, liczącej sobie tysiące lat; miasto, które
w ciągu ośmiu lat postarzało się o osiem wieków; śmierć mojej niegdyś kwitnącej medresy, która była miejscem spotkań przyjaciół - to wszystko wskazywało na ogrom bezcielesnych zwłok wszystkich medres w Imperium Otomańskim, które obecnie również jest już martwe, a wielka skała cytadeli Van stała się nagrobkiem dla nich wszystkich. Było tak, jakby moi uczniowie, którzy osiem lat wcześniej przebywali w medresie wraz ze mną, teraz wraz ze mną płakali w swoich grobach. Zaiste, zrujnowane mury miasta i porozbijane w proch kamienie jego budowli płakały wraz ze mną; widziałem, jak płaczą.
Wtedy pojąłem, że nie zniosę swej tułaczki w rodzinnym kraju. Myślałem, że albo dołączę do przyjaciół w grobie, albo oddalę się do jakiejś jaskini w górach i tam będę oczekiwał śmierci. Powiedziałem do siebie: "Ta niemożliwa do zniesienia, paląca rozłąka, która niszczy zarówno cierpliwość, jak wytrzymałość, z pewnością sprawia, że przedkładamy śmierć nad życie. Męka takiego życia jest nie do wytrzymania".
Spojrzałem na sześć aspektów owej sytuacji i zobaczyłem ją jako czarną pod każdym względem. Niedbałość, będąca wynikiem mego wielkiego żalu, ukazała mi przerażający, pusty, wyludniony świat, który walił mi się na głowę. Moja dusza poszukiwała punktu oparcia w obliczu niezliczonych, nieprzyjaznych nieszczęść, szukała czegoś, co mogłoby zaspokoić jej nieskończone pragnienia, rozciągające się aż do wieczności. Kiedy czekałem na pocieszenie w obliczu smutku, będącego wynikiem nieskończonej ilości rozłąk i śmierci, nieskończonego zniszczenia, nagle ukazała mi się prawda wersetów koranicznych:
To ocaliło mnie przed powodującymi żałość i smutek, strasznymi i splamionymi przez rozłąkę wyobrażeniami, i otworzyło mi oczy. Ujrzałem, że owoce na czubkach drzew owocowych spoglądają na mnie, jakby się uśmiechały. "Zauważ także nas", mówiły, "nie patrz jedynie na ruiny". Prawda zawarta w powyższych wersetach podsunęła mojemu rozumowi następującą myśl:
"Dlaczego litera zapisana ręką człowieka (który jest na tym świecie jedynie gościem) na stronicy, jaką jest równina Van tak, by miała kształt
miasta, a następnie wymazana przez strumień nieszczęść, który nazywamy rosyjską inwazją, zasmuca cię aż do tego stopnia? Pomyśl o Przedwiecznym pisarzu, o Prawdziwym właścicielu i Panie każdej rzeczy, o Tym, Który utrzymuje przy życiu każdą rzecz. Jego orędzia nadal będą zapisywane lśniącymi literami na tej karcie, w taki sposób, jaki zwykle widziałeś. Twój płacz nad tymi wyludnionymi ruinami wynika z błędu, który popełniłeś, zapominając o ich Prawdziwym właścicielu, nie pomyślałeś o tym, że ludzie są na tym świecie jedynie w gościnie, zaś wyobraziłeś sobie ich jako tych, do których należy dana rzecz".
Otworzyły się przede mną drzwi, prowadzące od tego, co widziałem, od błędu, w którym tkwiłem, do rzeczywistości, a moja dusza została przygotowana do tego, żeby mogła w pełni zaakceptować prawdę. Jak żelazo wkłada się w ogień, by zmiękło (co przynosi liczne korzyści), tak ów żałosny widok i okropny stan stały się ogniem, który zmiękczył moją duszę. Poprzez prawdę przytoczonych wyżej wersetów Koran, owa Księga cudownej wystawy, ukazał mojej duszy blask prawd wiary i spowodował, że moja dusza przyjęła owe prawdy.
Tak, wszelkie dzięki niech będą Bogu Jedynemu za to, że (jak zostało to bezapelacyjnie udowodnione w takich częściach Traktatów Światła, jak List Dwudziesty) poprzez blask wiary w Boga Jedynego prawda wersetów Koranu staje się źródłem siły dla duszy i dla serca, która to siła rozwija się proporcjonalnie do stałości wiary człowieka. Ów blask był tak silny, że dał mi siłę do stawienia czoła katastrofom i nieszczęściom nawet po stokroć bardziej straszliwym niż sytuacja, którą ujrzałem. Wypowiedziałem takie oto napomnienie: "Wszystko jest podporządkowane rozkazowi Prawdziwego właściciela tego kraju, rozkazowi twego Stwórcy. On trzyma wodze każdej rzeczy. Relacja między tobą a Nim powinna być dla ciebie wystarczająca".
Kiedy tylko uznałem istnienie mego Stwórcy i całkowicie zdałem się na Niego, wszystkie rzeczy, które zdawały mi się nieprzyjazne, zaniechały swej wrogości, zaś smutne sprawy, które uczyniły mnie płaczącym, zaczęły czynić mnie szczęśliwym. Jak ukazaliśmy to dzięki niechybnym dowodom w wielu częściach Traktatów Światła, dzięki światłu bijącego z wiary w życie ostateczne, uznanie mego Pana i zaufanie Mu zapewniły mi w obliczu moich nieskończonych pragnień wsparcie tak wielkie, że byłoby ono wystarczające nie tylko dla mojego przywiązania do spraw życia doczesnego, dla związanych z nim pragnień, dla niewiele znaczących, tymczasowych i krótkotrwałych przyjaźni tego świata, lecz nawet dla mych niezliczonych dalekosiężnych pragnień dotyczących świata tego, co trwałe, dla niekończącej się szczęśliwości trwającej całą wieczność. Przez jeden
przejaw Swego miłosierdzia Najbardziej Miłosierny i Najbardziej Litościwy każdej wiosny układa na stole owej pory roku niezliczoną ilość zachwycających, kunsztownie wykonanych darów, by tylko dogodzić tym, którzy są Jego gośćmi przez jedną czy dwie godziny. Po zaopatrzeniu ich w to, co jest rodzajem przekąski lub przystawki, przygotowuje dla Swych gości niezliczone odmiany kolejnych darów, na całą nieskończoność wypełniając osiem poziomów niezmiennego Raju owymi darami, pochodzącymi z wiecznych, przygotowanych przez Niego miejsc zamieszkania. Człowiek, który poprzez wiarę zdaje się na miłosierdzie Najbardziej Miłosiernego i Najbardziej Litościwego, który wie, jaka jest relacja między nim a Stwórcą, z pewnością znajdzie źródło pomocy tak wspaniałej, że nawet najmniejsza jej doza zapewni mu niezliczone nadzieje sięgające aż po wieczność i przedłuży je.
Co więcej, dzięki prawdzie wersetów Koranu światło i blask bijące z wiary ukazały mi się jako tak olśniewające, że rozjaśniły owe sześć aspektów ciemności, aż stała się ona niby jasny dzień. Rozświetliły żal, jaki czułem za uczniami i przyjaciółmi z medresy i z miasta Van, poprzez następujące przypomnienie: "Świat, do którego odeszli twoi przyjaciele, nie jest ciemny; odeszli oni jedynie do innego miejsca, lecz pewnego dnia znów się spotkacie". Te słowa całkowicie położyły kres moim łzom, i sprawiły, że pojąłem, iż na tym świecie znajdę innych przyjaciół, podobnych do nich, którzy zajmą ich miejsce.
Tak, wszelka chwała niech będzie Bogu Jedynemu za to, że wzbudził on do życia zarówno martwą medresę w Van, jak medresę w Isparcie, to jest wskrzesił mych przyjaciół z Van w postaci wielce licznych i wartościowych uczniów i przyjaciół z Isparty. To również sprawiło, że poznałem, iż świat nie jest pusty i pozbawiony znaczenia, a moje myślenie o nim jako o spustoszonym kraju było błędne. Prawdziwy właściciel tego świata zmienia scenę, którą uczyniły ludzkie ręce i odnawia Swoje przesłanie tak, jak wymaga tego Jego mądrość. Im więcej owoców zrywanych jest z drzewa, tym więcej innych wyrasta na ich miejsce, więc także śmierć i rozłąka wśród ludzkości są przyczyną odnowienia i zmiany. Tak, w odniesieniu do wiary śmierć i rozstanie są odnowieniem, które nie przynosi bolesnego smutku, będącego wynikiem braku przyjaciół, lecz słodki smutek, zrodzony z rozłąki w nadziei na ponowne spotkanie w innym, lepszym miejscu.
Wersety Koranu rozświetliły również oblicze wszelkich istot wszechświata, które we wcześniejszej, upiornej sytuacji jawiło mi się ciemnym. Chciałem złożyć za to Bogu podziękowania, a wówczas przyszły mi na myśl wersy w języku arabskim, które dokładnie oddają rzeczywistość.
Powiedziałem:
Oznacza to, że z powodu nieuwagi, wynikającej ze stanu mego zasmuconego i zbolałego umysłu, niektóre spośród istot wszechświata jawiły się mojej niedbałej duszy jako obce i wrogie, inne jako straszliwe trupy, a jeszcze inne jako sieroty, płaczące w swej samotności, jednak w świetle wiary ujrzałem, że wszystkie są przyjaciółmi i braćmi. Jeśli chodzi o te, które zdały mi się przerażającymi zwłokami, to niektóre spośród nich były w rzeczywistości żywe i przyjazne, zaś inne zostały już uwolnione od swych obowiązków. Widząc w świetle wiary, że zawodzenie sierot jest w istocie szeptem wspominania Boga i wychwalania Go, złożyłem Mu nieskończone dzięki i sam również wychwaliłem Tego, Który dał mi wiarę, będącą źródłem niezliczonych darów. Ujrzałem, że myślenie o wszystkich istotach w moim osobistym świecie, rozległym jak cały świat, jest spoczywającym na mnie obowiązkiem, tak jak dołączenie do wychwalania i wysławiania Boga. Oznacza to, że mając intencję posłużenia się wszystkimi stworzeniami, powiedziałem: "Wszelka chwała i wszelkie dzięki niech będą Bogu Jedynemu za światło wiary" wraz z nimi, które - wszystkie razem i każde z osobna - wypowiadały owe słowa językiem właściwym swej naturze.
Ponadto przyjemności życia, które zostały zredukowane do zera przez straszny stan mego nieuważnego umysłu, moje nadzieje, które kompletnie uschły, moje radości i przyznane mi dary, które zostały ściśnięte w najbardziej wąskich granicach tak, że, zaiste, zostały zniszczone, nagle dzięki światłu wiary tak rozszerzyły ciasną sferę wokół mego serca, że mogłaby ona pomieścić cały wszechświat - jak zostało to udowodnione w innych częściach Traktatów Światła. W miejsce darów, które w ogrodzie medresy Horhor uschły i straciły smak, światło wiary uczyniło zarówno królestwo tego świata, jak i królestwo życia ostatecznego stołami, z których każdy
został miłosiernie zastawiony darami. Światło wiary pokazało mi, że nie tylko dziesięć narządów człowieka, jak oczy, uszy czy serce, lecz także setki innych części ciała są jak nadzwyczaj długie ramiona, które wierny - stosownie do poziomu swojej wiary - może wyciągnąć ku owym dwóm stołom zastawionym przez Najbardziej Miłosiernego, by zbierać Jego dary ze wszystkich stron. W owym czasie, zarówno po to, by wyrazić tę wzniosłą prawdę, jak i po to, by podziękować Bogu za Jego nieskończone dary, wypowiedziałem następujące słowa:
Ponieważ wiara jest tak niesamowicie skuteczna na tym świecie, zatem z pewnością w królestwie wieczności wyda takie owoce i zalśni takim blaskiem, że nie można ani ogarnąć ich umysłem tego świata, ani też opisać.
O wy, ludzie starsi, którzy, tak jak i ja, z powodu starości doświadczacie bólu rozłąki z licznymi przyjaciółmi! Jakkolwiek najstarszy z was jest znacznie starszy ode mnie pod względem lat, przypuszczam, że jeśli chodzi o znaczenie starości, jestem starszy od niego. Ponieważ ze swej natury odczuwam aż nadmierne współczucie i litość dla przyjaciół, prócz własnych boleści doświadczyłem cierpień tysięcy moich braci i czuję się tak, jakbym żył setki lat. Niezależnie od tego, jak bardzo cierpieliście z powodu nieszczęścia, jakim jest rozłąka, nie cierpieliście tak, jak ja cierpiałem z tego powodu. Gdybym miał syna, powinienem był myśleć tylko o nim, jednak ponieważ go nie mam, odczuwam ból i smutek tysięcy synów z muzułmańskich rodzin, współczuję im, a nawet niewinnym zwierzętom, ponieważ nadmierne współczucie i litość leżą w mej naturze. Gdybym miał dom, powinienem myśleć wyłącznie o nim, jednak jako że go nie mam, jestem poprzez żarliwość muzułmańskiej wiary związany z naszym krajem, a nawet z całym światem islamu, jakby były moim domem. Martwią mnie cierpienia moich przyjaciół-muzułmanów z owych dwóch wielkich domów i jestem głęboko zasmucony rozłąką z nimi!
Światło wiary było dla mnie wystarczające jako lek na wszystkie moje smutki wynikające ze starości i na cały mój ból, wywołany przez rozłąkę;
dało mi nigdy niegasnącą nadzieję, bezsporną wiarę, światło, którego nie można zgasić i niekończące się pocieszenie. Wiara z pewnością jest więcej niż wystarczająca dla was w obliczu ciemności, nieuwagi, smutków i żalów starości. W rzeczywistości tą starością, która jest całkowicie czarna, w której nie ma światła ani pocieszenia, która jest najbardziej smutną i straszliwą rozłąką, jest starość i rozłąka, z powodu których cierpią ludzie zbłądzenia i ci, którzy trwonią czas na hulanki. Doświadczenie dającej światło, nadzieję i pocieszenie wiary i jej efektów jest możliwe poprzez świadome przyjęcie czcigodnej postawy godnej starości i właściwej islamowi, a staje się niemożliwe, kiedy staramy się naśladować młodych, nurzając się po szyję w niedbalstwie i zapominając o starości.
Zastanówmy się nad hadisem, którego znaczenie jest następujące: Najlepszymi spośród młodych ludzi pomiędzy wami są ci, którzy naśladują tych, co osiągnęli wiek dojrzały, podczas gdy najgorszymi ze starszych pomiędzy wami są ci, którzy naśladują młodych, co oznacza: "Najlepszymi młodymi ludźmi są ci, którzy przypominają starszych w powściągliwości i powstrzymywaniu się od występku, podczas gdy najgorszymi spośród starszych ludzi są ci, którzy przypominają młodych, nurzając się po szyje w rozpuście i niedbalstwie".
O, moi starsi bracia i starsze siostry! Pewien hadis mówi: Hańbą dla Bożego miłosierdzia byłoby zostawienie bez odpowiedzi modlitw, zanoszonych do dworu Boga przez wiernych mających sześćdziesiąt lub siedemdziesiąt lat. Widząc, że Boże miłosierdzie ma dla was tak wielki szacunek, okażcie poszanowanie dla owego szacunku poprzez wykonywanie aktów czci!
NADZIEJA CZTERNASTA
Na początku Promienia Czwartego opisałem w skrócie, opierając się na świetlistym wersecie koranicznym:
ak doświadczyłem pięciu rodzajów wygnania, będąc odciętym od wszystkie go przez ludzi spośród ahl ad-dunja. Niedbalstwo wynikające z niedoli doprowadziło do tego, że nie spoglądałem na jasność Traktatów Światła, która mogłaby wesprzeć mnie i pocieszyć, lecz zajrzałem wprost do mego serca i do mojej duszy. Ujrzałem, że rządziły mną obezwładniające pragnienie nieśmiertelności, usilne umiłowanie istnienia i wielka żądza
życia, wraz z nieskończoną bezsilnością i nieograniczonymi potrzebami, jednak straszliwe przemijanie każdej rzeczy gasiło nadzieję na nieśmiertelność. Cierpiąc z powodu takiego stanu umysłu, wykrzyknąłem słowami poety:
Podczas gdy moje serce pragnie nieśmiertelności, rzeczywistość wymaga, by moje ciało przeminęło;
Jestem dotknięty nieuleczalną chorobą, której nawet Luqman nie mógłby uleczyć!
Zrozpaczony, zwiesiłem głowę. Nagle przybył mi z pomocą werset:
«Wystarczy nam Bóg! Jakże to wspaniały poręczyciel!», wzywając mnie do tego, bym uważnie go przeczytał. Recytowałem go po pięćset razy każdego dnia. Im częściej go recytowałem, tym wyraźniej odsłaniało się przede mną dziewięć poziomów jego znaczenia spośród wielu jego świateł, w stopniu "pewności wynikającej z wiedzy" lub nawet "pewności wynikającej z wiarygodnego świadectwa".
Pierwszy poziom znaczenia świetlistego wersetu: "Wystarczy nam Bóg!..."
Poprzez cień, jaki zagościł w zasadniczym aspekcie mojego bytu (jakim jest bycie przejawem Najpiękniejszych Imion Chwalebnego, do Którego należy całkowita doskonałość, Który istnieje Sam z Siebie i już tylko z tego powodu jest godzien umiłowania Go), żywiłem wrodzone pragnienie nieśmiertelności, skierowane nie ku mojej nieśmiertelności, lecz ku istnieniu, doskonałości i nieśmiertelności Tego, Który nie posiada absolutnie żadnej niedoskonałości. Jednak z powodu mej nieuwagi owa wrodzona miłość zagubiła drogę, przywiązała się do cienia, o którym wspomniałem, i zakochała się w zwierciadle nieśmiertelności. Wówczas werset «Wystarczy nam Bóg! Jakże to wspaniały poręczyciel!» uniósł zasłonę, a ja ujrzałem, poczułem i doświadczyłem w stopniu "całkowitej pewności", że przyjemność i szczęśliwość związane z moją nieśmiertelnością tkwią - z całą dokładnością i w najbardziej doskonałej formie - w nieśmiertelności Trwającego, do Którego należy wszelka doskonałość, w potwierdzeniu, że moim Panem i Tym, Który utrzymuje mnie przy życiu, jest Bóg, w wierze w Niego i w całkowitym poddaniu się
Jego woli. Dowód tego twierdzenia został objaśniony dwunastu rozdziałach Promienia Czwartego, traktatu na temat wersetu «Wystarczy nam Bóg!...», którego poszczególne części są nadzwyczaj głębokie i subtelne, i z pewnością wprawią w zdumienie i podziw każdego, kto tylko posiada tę piękną cechę, jaką jest wrażliwość.
Drugi poziom znaczenia świetlistego wersetu: "Wystarczy nam Bóg!..."
W czasie, gdy przebywałem na wygnaniu, dokuczały mi starość, samotność i odosobnienie, a ahl ad-dunja pomimo mej wrodzonej, bezgranicznej bezsilności atakowali mnie poprzez podstępy swych szpiegów i szpicli, rzekłem do mojego serca: "Oto całe armie atakują jednego tylko człowieka, którego ręce są związane, a on sam jest chory i słaby. Czyżby miał on w niczym nie znaleźć pomocy?" Uciekłem się do wersetu werset «Wystarczy nam Bóg! Jakże to wspaniały poręczyciel!», a on zakomunikował mi, co następuje:
"Dzięki dowodowi, jakim jest wiara, stałeś się związany z Wszechmocnym Władcą, Który każdej wiosny wyposaża w doskonałym porządku wszystkie armie roślin i zwierząt na obliczu ziemi, złożone z czterystu tysięcy różnych narodów. Ponadto umieszcza On w "ekstraktach" Swego wszechogarniającego miłosierdzia (to jest w nasionach i ziarnach, które są niby mięso, cukier i inne substancje odżywcze, niedawno odkryte przez ludzi cywilizacji, lecz dzieło Boga jest po stokroć bardziej doskonałe) całe zaopatrzenie niezbędne potężnym armiom wszystkich gatunków zwierząt, z których najważniejszym jest człowiek. Zawija On w owe nasiona i ziarna wskazówki Bożego zarządzenia dotyczące ich przyrządzania i gotowania, po czym umieszcza je w maleńkich skorupkach, które mają je chronić. Owe małe skrzyneczki są stwarzane z niezwykłą łatwością, szybkością, a przy tym w obfitości, w fabryce Kaf, Nun, która podlega rozkazowi 'Bądź!' - i ona jest, przez co Koran oznajmia: 'Stwórca po prostu wydaje rozkaz i rzecz zostaje powołana do istnienia'. Zyskując takie wsparcie dzięki dowodowi na związek między tobą a twoim Panem, wynikający z wiary, możesz zdać się na Tego, Którego siła i moc są nieskończone".
Kiedy przyswoiłem sobie ową lekcję płynącą ze szlachetnego wersetu, znalazłem wynikającą z wiary siłę duchową tak wielką, że dzięki jej mocy mógłbym rzucić wyzwanie nie tylko swoim ówczesnym wrogom, ale całemu światu. Z całych sił swej duszy oznajmiłem: «Wystarczy nam Bóg! Jakże to wspaniały poręczyciel!»
Trzeci poziom znaczenia świetlistego wersetu: "Wystarczy nam Bóg!..."
Kiedy, odkrywając, że moje przywiązanie do świata zostało zerwane z powodu cierpień, jakie przyniosły mi prześladowania, zesłania i choroby, wiara przypomniała mi, że moim przeznaczeniem jest bezustanna szczęśliwość w wiecznym świecie, w królestwie, które nie przemija, porzuciłem żałośliwe wzdychania, które powodowały jedynie dalszy żal i tęsknotę, a stałem się wesoły i szczęśliwy. Jednakże ów cel, do którego dążą wyobraźnia i dusza, który wynika z natury człowieka, można osiągnąć jedynie dzięki nieskończonej mocy Wszechpotężnego, Który zna i zapisuje działanie i odpoczynek, postępowanie i stan, słowa i czyny wszystkich stworzeń, Który wziął Sobie za przyjaciela i wybrał na odbiorcę Swego przesłania człowieka, mimo jego znikomości i całkowitej bezsilności czyniąc go zwierzchnikiem wszystkich istot... Tak, ów cel można osiągnąć jedynie dzięki niezliczonym łaskom, jakimi Bóg obsypał człowieka, i dzięki znaczeniu, jakie mu nadał. Kiedy rozmyślałem nad tymi dwoma kwestiami (to jest nad działaniem tak wielkiej mocy i nad znaczeniem pozornie znikomej istoty, jaką jest człowiek), potrzebowałem dowodu, który mógłby wzmocnić moją wiarę i zadowolić moje serce. Ponownie uciekłem się do wersetu «Wystarczy nam Bóg!...», który rzekł mi, bym zwrócił uwagę na arabską końcówkę -na (używaną w pierwszej osobie liczby mnogiej) i zważył na to, kto mówi: «Wystarczy nam...» wraz ze mną.
Natychmiast spojrzałem i ujrzałem niezliczone ptaki i podobne maleńkim ptakom muchy, nieprzeliczone zwierzęta, bezkresną obfitość roślin i drzew - a wszystkie owe stworzenia, jak ja, recytując językiem właściwym swemu usposobieniu: «Wystarczy nam Bóg! Jakże to wspaniały poręczyciel!», przypominają każdemu o wielkości i majestacie Tego, Którego moc - zwłaszcza każdej wiosny - stwarza przed naszymi oczami, z największą łatwością i na wielką skalę, z jaja, nasiona, ziarna i kropli cieczy (spośród których wszystkie podobne są do siebie nawzajem i stworzone są z tej samej substancji), sto tysięcy gatunków ptaków, setki tysięcy rodzajów zwierząt, sto tysięcy rodzajów roślin i sto tysięcy odmian drzew, czyniąc to bez żadnego błędu, niedoskonałości czy zamieszania, zachowując równowagę i porządek, tworząc piękne kształty istot żywych, pośród których nie ma dwóch takich samych. Stworzenia Boże ukazują nam jedność Jego, Jedynego, poprzez fakt, że wszystkie są uczynione w ten sam sposób, jedno wewnątrz Drugiego, a pod tym względem podobne do siebie nawzajem.
Pojąłem, że niemożliwa jest jakakolwiek ingerencja ani jakikolwiek współudział w owym akcie stworzenia, w dyspozycji wynikającej
z absolutnej władzy, która ukazuje tak nieprzeliczone cuda. Ci, którzy chcą zrozumieć moją osobowość i charakter (które są takie same, jak wszystkich innych wiernych), ci, którzy chcą być tacy, jak ja, powinni przyjrzeć się wyjaśnieniu, które daje im słowo "ja", przybierające postać pierwszej osoby liczby mnogiej w wersecie «Wystarczy nam Bóg!...», wyjaśnieniu dotyczącemu mnie samego. Kim jest istota taka jak ja - podobnie jak wszyscy inni wierni pozornie pozbawiona znaczenia, potrzebująca? Czym jest życie? Czym jest człowieczeństwo? Czym jest islam? Czym jest niezachwiana, potwierdzona wiara? Czym jest wiedza o Bogu? Jaka powinna być miłość? Ci, którzy chcą być podobni do mnie, powinni to zrozumieć i wyciągnąć z tego nauczkę!
Czwarty poziom znaczenia świetlistego wersetu: "Wystarczy nam Bóg!..."
Czas, w którym byłem wstrząśnięty przez starość, wygnanie, chorobę, czas, w którym byłem pokonany, zbiegł się z okresem mojej nieuwagi. Poważnie niepokoiłem się o to, że moja cielesna istota (do której byłem mocno przywiązany i przez którą byłem opanowany) odejdzie w niebyt - zaiste, jak wszystkie stworzenia. Wówczas ponownie uciekłem się do wersetu: «Wystarczy nam Bóg! Jakże to wspaniały poręczyciel!», który powiedział mi: "Spójrz uważnie na moje znaczenie, spójrz na mnie przez teleskop wiary!"
Spojrzałem więc okiem wiary i ujrzałem, że moja maleńka istota - podobnie jak wszyscy wierni - jest zwierciadłem dla Tego, Który nie ma żadnych ograniczeń, jest słowem mądrości, które wydaje owoce w postaci licznych, trwałych istnień, daleko bardziej wartościowych od niego samego. Wiedziałem z "pewnością równą wiedzy", że pod tym względem życie trwające tylko chwilę jest równie wartościowe, jak istnienie wieczne. Dzięki świadomości, jaką daje wiara, pojąłem, że moja istota jest dziełem sztuki, kunsztownym wytworem i przejawem istnienia Tego, Którego istnienie jest niezbędne. Będąc uwolnionym od lęku przed samotnością, od bólu płynącego z niezliczonych rozłąk, ukształtowałem wzajemną relację i więzi braterstwa z innymi istotami, których było tyle, ile dzieł Boga, ile jest Jego Najpiękniejszych Imion połączonych ze wszystkimi stworzeniami, a zwłaszcza ze stworzeniami żywymi; wiedziałem, że zjednoczenie ze wszystkimi istotami, które miłuję, jest trwałe, zaś rozłąka jedynie przejściowa. Dzięki wierze i relacjom, jakie z niej wynikają, moja istota - podobnie jak wszystkie inne - otrzymała światło niezliczonych istnień, którego nie może dotknąć rozłąka. Nawet, jeśli jedna istota odejdzie, inne pozostaną w tyle i będą tak szczęśliwe, jakby ta, która odeszła, pozostała z nimi.
Ujmując rzecz w skrócie, śmierć nie jest rozłąką, lecz zjednoczeniem, jest jedynie zmianą siedziby, jest wydaniem wiecznego owocu.
Piąty poziom znaczenia świetlistego wersetu: "Wystarczy nam Bóg!..."
Innym razem byłem wstrząśnięty przez ciężkie warunki, w jakich żyłem, co skierowało moją uwagę ku życiu tego świata. Ujrzałem, że życie doczesne szybko odchodzi, a zbliża się życie ostateczne; z powodu prześladowań, które musiałem wycierpieć, moje życie zaczęło gasnąć. Jak jest to wyjaśnione w rozdziale Traktatów Światła poświęconym Imieniu Bożemu "Ten, Który żyje wiecznie", myślałem o tym, jak życie (wraz z jego ważnymi funkcjami, wielkimi korzyściami i zaletami) nie zasługuje na to, by gasnąć tak szybko, lecz raczej na trwanie przez długi czas. Jeszcze raz uciekłem się do mego mistrza, do wersetu: «Wystarczy nam Bóg! Jakże to wspaniały poręczyciel!» Tym razem powiedział mi: "Rozważ życie z punktu widzenia Tego, Który żyje wiecznie, Tego, Który istnieje Sam z Siebie, Który dał ci życie!"
Spojrzałem więc i ujrzałem, że jedynie jeden aspekt mego życia doczesnego wskazuje na mnie, podczas gdy setka aspektów wskazuje na Tego, Który żyje wiecznie i Który istnieje Sam z Siebie. Jeśli choć jeden spośród ich rezultatów wskazywał na mnie, to tysiąc wskazywało na mojego Stwórcę. Ponieważ tak jest, życie choćby przez jedną chwilę w granicach wyznaczonych przez zadowolenie Boga jest wystarczające, choćby trwało jedynie przez krótki czas. Ta prawda może zostać objaśniona poprzez cztery kwestie. Każdy, ktokolwiek nie jest martwy i ktokolwiek pragnie żyć, powinien poszukiwać w owych czterech kwestiach prawdy o życiu, wiedzy o jego naturze i o tym, co jest w życiu prawdziwie słuszne, a znajdzie to, czego szuka, i będzie wzbudzony do życia!
Podsumowanie tej prawdy jest następujące: im bardziej życie wskazuje na Tego, Który żyje wiecznie i Który istnieje Sam z Siebie, im bardziej wiara staje się esencją życia i życiem jako takim, tym bardziej życie staje się wiecznym i wydającym trwałe owoce, a także wzniosłym, ponieważ ukazuje przejaw wieczności. Krótki lub długi czas życia przestaje mieć znaczenie.
Szósty poziom znaczenia świetlistego wersetu: "Wystarczy nam Bóg! Jakże to wspaniały poręczyciel!"
W czasie, gdy moje lata, w których się posunąłem, i starość udzielały mi ostrzeżenia przed szczególną rozłąką poprzez wydarzenia końca czasu, mówiące o zniszczeniu świata i o czasie powszechnego rozstania, zawarte w mej naturze uczucia umiłowania piękna, namiętności żywionej ku temu,
co powabne, i oczarowania doskonałością rozwinęły się w nadzwyczajną wrażliwość. Widziałem z niezwykłą jasnością i smutkiem przemijanie i stratę, które zawsze mają charakter destrukcyjny, widziałem, jak śmierć i niebyt, które od wieków i na wieki powodują jedynie rozłąkę, straszliwie rozdzierają ten piękny świat i jego piękne stworzenia, niszcząc ich urodę. Miłość zawarta w mej naturze, mówiąc w przenośni, aż kipiała i buntowała się przeciwko takiemu stanowi rzeczy. By znaleźć pocieszenie, ponownie uciekłem się do wersetu «Wystarczy nam Bóg! Jakże to wspaniały poręczyciel!», który powiedział mi: "Recytuj mnie i uważnie przemyśl moje znaczenie!"
Wszedłem zatem do obserwatorium wersetu z sury An-Nur (Światło):
spojrzałem przez teleskop wiary na najbardziej odległe poziomy wersetu «Wystarczy nam Bóg!...», a następnie przez mikroskop intuicji, jaką daje wiara, na jego najbardziej subtelne tajemnice, i ujrzałem, co następuje:
Zwierciadła, odłamki szkła, rzeczy przezroczyste, a nawet bańki mydlane ukazują różne rodzaje piękna ukrytego w świetle słonecznym i w siedmiu kolorach tego światła; poprzez ich znikanie, ponowne pojawianie się, różne właściwości i załamywanie światła odnawiają owo piękno; poprzez odbijanie światła ukazują ukryte piękno i urodę słońca i jego blasku. Dokładnie w ten sam sposób, działając jako zwierciadła dla świętego piękna Najpiękniejszego, Chwalebnego, Wiecznego i Przedwiecznego, dla nieśmiertelnego powabu Jego Najpiękniejszych Imion i dla ich odnawiających się przejawów, piękne stworzenia, owe urocze dzieła Jego rąk, owe doskonale stworzone istoty nieprzerwanie przychodzą i odchodzą. Traktaty Światła szczegółowo objaśniły potężne dowody, które ukazują, że piękno widoczne w stworzeniach nie jest ich własnością, lecz jest znakiem, wskazówką, błyskiem i przejawem niedoścignionego, świętego piękna, które wymaga, by zostało ujawnione. Wyjaśnienie zaczyna się od powiedzenia, że trzy spośród owych dowodów zostały wspomniane pokrótce, lecz w najbardziej racjonalny sposób. Traktaty wprawią w zadziwienie - i pozostawią w nim - wszystkich, którzy mają piękną zdolność postrzegania i widzą, którzy odkryją, że prócz czerpania z nich korzyści dla samych siebie konieczne jest również dokładanie starań, by pozwolić również innym na czerpanie korzyści z Traktatów. Każdy człowiek, którego umysł nie jest zepsuty, a serce zdeprawowane, należycie doceni pięć kwestii wyjaśnionych w drugim z owych dowodów, będzie je podziwiał i polecał innym,
a wykrzykując: "Oto wola Boga! Błogosławiony niech będzie Bóg!", dostrzeże i potwierdzi, że są one zdumiewającym cudem, który wywyższy ową pozornie nędzną, potrzebującą istotę, jaką jest ten człowiek.
NADZIEJA PIĘTNASTA
Pewnego razu podczas mojego przymusowego pobytu w Ermidag (który był właściwie uwięzieniem w odosobnieniu) stałem się zmęczony życiem z powodu cierpień, jakie mi zadano poprzez nadzór policyjny i bezwzględne traktowanie, które było tak trudno znieść, aż nawet żałowałem, że zostałem zwolniony z więzienia. Całą duszą tęskniłem za więzieniem w Denizli i pragnąłem zstąpić do grobu. Kiedy myślałem, że i więzienie, i grób byłyby lepsze niż takie życie, kiedy zdecydowałem, że wkroczę do jednego lub drugiego, łaska Boża przyszła mi z pomocą, obdarowując uczniów Medresetu'z-Zehra, których pióra były niby powielacze, jednym z takich powielaczy, który dopiero co wszedł do użytku. W jednej chwili ukazało się pięćset kopii każdego z wartościowych dzieł ze zbioru Traktatów Światła, które wyszły spod jednego pióra. Ich zapowiedź nowych zwycięstw sprawiła, że pokochałem pełne niedoli życie i zacząłem składać Bogu niekończące się podziękowania.
Nieco później, nie mogąc znieść zwycięstw odniesionych przez Traktaty Światła, ich tajemni wrogowie nakłonili rząd do działań wymierzonych przeciwko nam. Życie ponownie stało się dla mnie ciężkie. Wówczas nagle ujawniła się Boża łaska: urzędnicy związani ze sprawą, którzy najbardziej potrzebowali nauki Traktatów Światła, w trakcie najbardziej gruntownego i starannego wykonywania swych obowiązków przestudiowali skonfiskowane egzemplarze Traktatów, a one spowodowały, że serca owych urzędników skłoniły się ku nim. Jako że zaczęli doceniać je, miast krytykować, krąg uczniów Światła znacznie się rozszerzył. Przyniosło to korzyści po stokroć większe od materialnych strat, jakie ponieśliśmy, a nasz niepokój i strapienie zmalały do zera.
Wówczas, w tajemnicy, wrogo nastawieni wobec nas hipokryci zwrócili uwagę rządu na moją osobę, przypominając moje dawne działania
natury politycznej. Wzbudzili podejrzenia pod moim adresem zarówno wśród przedstawicieli sądownictwa, jak i we władzach oświatowych, w policji i Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. Owe podejrzenia (podobnie jak tajne podżegania komunizujących anarchistów) rozprzestrzeniały się, trafiając do rąk różnych grup. Władze zaczęły nas uciskać, aresztować; konfiskowano te części Traktatów Światła, które wpadły w ręce naszych przeciwników. Działalność uczniów Światła ustała. Wielu urzędników złożyło fałszywe oskarżenia, w które zupełnie nikt nie mógłby uwierzyć. Próbowali rozprzestrzeniać najbardziej zdumiewające oszczerstwa, jednak nie mogli sprawić, by uwierzył w nie choć jeden człowiek.
Następnie pod pewnym banalnym pretekstem aresztowano mnie podczas najzimniejszych dni zimy, zamknięto mnie odosobnionego w wielkiej i nadzwyczaj zimnej celi więziennej, przez dwa dni pozostawiając bez jakiegokolwiek piecyka. Przy mojej słabości i chorobie mogłem wytrzymać tę sytuację jedynie z trudem, jako że byłem przyzwyczajony do palenia w piecu w moim małym pokoju kilka razy dziennie, tak że w palenisku zawsze był żar. Kiedy walczyłem z cierpieniem spowodowanym przez gorączkę i zimno, przez straszliwą niedolę i gniew, dzięki Bożej łasce przed moim sercem odsłoniła się prawda, która zwracając się do mojej duszy, wypowiedziała następujące ostrzeżenie:
"Nazwałeś więzienie Szkołą Proroka Józefa, a kiedy przebywałeś w więzieniu Denizli, rzeczy takie, jak ulga po tysiąckroć większa od twej niedoli, korzyść natury duchowej, inni więźniowie czerpiący korzyści z Traktatów Światła, rozpowszechniające się zwycięstwa Traktatów - to wszystko sprawiło, że składałeś Bogu nieskończone dzięki, zamiast narzekać. To sprawiło, że każda godzina twojej kary więzienia i związanych z nią trudności stała się równa dziesięciu godzinom wypełnionym oddawaniem czci Bogu, a także uczyniło owe przemijające godziny wiecznymi. Jeśli Bóg zechce, ogrzeje twą zimną, dotkliwą niedolę, przekształci ją w radość i sprawi, że wśród nieszczęść, jakie cierpisz w tej - trzeciej już - Szkole Proroka Józefa, wyciągniesz korzyści z Traktatów Światła i znajdziesz pocieszenie. Jeśli ludzie, na których czujesz gniew, ponieważ źle cię traktują, sami zostali oszukani, lecz nie zdają sobie z tego sprawy, nie warto się na nich gniewać. Jeśli zaś dręczą cię i przysparzają ci cierpień świadomie, przez swą złość i ze względu na ich zbłądzenie, w krótkim czasie zostaną zamknięci w odosobnieniu, w więzieniu, jakim jest grób, jako ci, którzy zostali skazani na wieczną karę śmierci, na cierpienie niekończących się męczarni i katuszy. Dzięki ich prześladowaniom zdobywasz zasługę, jak też przyjemności natury duchowej; to prześladowanie czyni przemijające
godziny wiecznymi i pozwala ci na wykonywanie obowiązków uczonego i obowiązków religijnych z całkowitą szczerością intencji".
Ze wszystkich sił wykrzyknąłem: "Wszelka chwała niech będzie Bogu Jedynemu!" Z powodu człowieczeństwa litowałem się nad moimi prześladowcami i modliłem się: "Panie mój, spraw, by się poprawili!" Jak napisałem w oświadczeniu dla Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, prawdziwie winnymi byli ci spośród prześladowców, którzy działając w imieniu prawa, postępowali niesprawiedliwie na dziesięć sposobów. Wynaleźli oni niepospolite preteksty, które dla każdego uczciwego człowieka okazały się oszczerstwami i fałszerstwem, które sprawiały, że ludzie, którzy je słyszeli, śmiali się, zaś ci, co umiłowali prawdę, płakali. Jako że nasi prześladowcy nie mogli znaleźć żadnego sposobu zaatakowania Traktatów Światłą i ich uczniów bez przekraczania granic prawa i tego, co słuszne, zboczyli z drogi prawa i popadli w obłęd. Oto dwa przykłady ich szaleństwa:
Przykład pierwszy: Urzędnicy, którzy śledzili nas przez miesiąc, nie mogli znaleźć nic obciążającego, więc napisali memorandum mówiące: "Sługa Saida kupował w sklepie rakię, a później zaniósł ją do niego". Nie mogli znaleźć nikogo, kto podpisałby memorandum, lecz nareszcie aresztowali jakiegoś pijanego jegomościa i zmusili go, by je podpisał. Nawet on powiedział: "Boże, wybacz nam! Któż podpisałby tak niesłychane kłamstwo?" Musieli więc podrzeć je.
Przykład drugi: Ktoś, kogo nie znałem (i nadal go nie znam), użyczył mi konia, bym mógł wybrać się na przejażdżkę. Przez większość dni lata zwykłem wychodzić z domu choć na kilka godzin, dla zdrowia i by zaczerpnąć nieco świeżego powietrza. Dałem słowo, że właściciel konia i bryczki otrzyma ode mnie książki warte pięćdziesiąt lir, a to dlatego, bym nie złamał mojej zasady i nie stał się jego dłużnikiem. Czyż mogła z tego wyniknąć jakakolwiek szkoda? A jednak zarówno gubernator, jak urzędnicy sądowi i policjanci przesłuchiwali nas pięćdziesiąt razy, pytając o właściciela konia, jakby cała sprawa była ważnym wydarzeniem politycznym, dotyczącym publicznego bezpieczeństwa! Pewien lojalny człowiek powiedział nawet, że koń należał do niego, a inny, że bryczka należała do niego, by tylko przerwać te bezsensowne przesłuchania. Obaj zostali aresztowani wraz ze mną.
Widzieliśmy wiele dziecinnych wybryków podobnych do owych dwóch przykładów i śmialiśmy się do łez. Pojęliśmy, że ci, którzy atakują Traktaty Światła i ich uczniów, jedynie robią z siebie głupców.
Oto zabawne zdarzenie spośród wielu podobnych: Powodem podanym na dokumencie sankcjonującym moje aresztowanie było "zakłócanie porządku publicznego". Nie widząc tego dokumentu na oczy, powiedziałem oskarżycielowi publicznemu: "Ostatniej nocy oczerniłem cię, bowiem powiedziałem oficerowi policji, który przesłuchiwał mnie z polecenia komendanta: 'Jeśli nie służyłem publicznemu bezpieczeństwu tego kraju tak usilnie, jak tysiąc publicznych oskarżycieli i tysiąc komendantów policji, niechaj Bóg przeklnie mnie po trzykroć!'"
Właśnie wtedy, kiedy w tak mroźnych warunkach najbardziej potrzebowałem tego, by odpocząć, nie przeziębić się i nie myśleć o świecie, ogarnęły mnie rozdrażnienie i gniew na tych, którzy zesłali mnie na niemożliwe do zniesienia wygnanie, skazali na odosobnienie, uwięzienie i prześladowania, ukazując w ten sposób swą nienawiść i złe zamiary. Wówczas z pomocą przyszła mi Boża łaska, oznajmiając mojemu sercu, co następuje:
"Niesprawiedliwe prześladowania, jakie zadają ci ludzie, w znacznej części wynikają z Bożego zrządzenia, które jest czystą sprawiedliwością. W więzieniu masz zapewnione pożywienie; to właśnie przeznaczone dla ciebie zaopatrzenie wezwało cię do tego miejsca. Powinieneś przyjąć zrządzenie Boże z zadowoleniem i pogodzić się z nim. W tym, co cię spotyka, wielki udział mają wiedza Tego, Którego władza jest absolutna, i Jego miłosierdzie, które chcą oświecić ludzi przebywających w tym więzieniu, pocieszyć ich, a tobie przyznać nagrodę. Powinieneś przyjąć swój udział w Bożym zamyśle z nieskończoną wdzięcznością i cierpliwością. Swój udział w tych wydarzeniach ma również twoja dusza, a to z powodu jej przywar, o których nie wiesz. W obliczu tego, co cię spotkało, powinieneś powiedzieć swej duszy, a to poprzez skruchę i poszukiwanie Bożego przebaczenia, że zasłużyła ona na cios, który ją spotkał. Swój udział w tym, co cię spotkało, mają również niektórzy spośród twoich utajonych wrogów, wraz z ich intrygami, z oszukiwaniem pewnych naiwnych, a podejrzliwych urzędników, z nakłanianiem ich do owych prześladowań. Jeśli chodzi o ich udział, wiedz, że straszliwe ciosy duchowe, jakie Traktaty Światła wymierzą tym hipokrytom, pomszczą cię w zupełności. Niech to będzie dla nich wystarczające! Ostatnią grupą są ci urzędnicy, którzy w rzeczywistości byli jedynie narzędziami w rękach innych. Jeśli chodzi o ich udział, wielkodusznym dziełem będzie wybaczenie im, zgodnie z zasadą:
onieważ czy
chcą tego, czy też nie, mogli skorzystać z nauki Traktatów Światła dotyczącej wiary, choć spoglądali na nie z zamiarem ganienia ich".
Po owym mówiącym prawdę ostrzeżeniu poczułem tak wielkie szczęście i wdzięczność, że zdecydowałem popełnić jakieś nieszkodliwe wykroczenie, by tylko ponieść karę więzienia, bym mógł pozostać w owej nowej Szkole Proroka Józefa, a może nawet pomóc tym, którzy występowali przeciwko mnie. Miałem wówczas siedemdziesiąt pięć lat, nie byłem do niczego przywiązany, a spośród siedemdziesięciu osób, które umiłowałem na tym świecie, jedynie pięć pozostało przy życiu - tak, ktoś taki jak ja po stokroć przedłożyłby grób nad więzienie. Siedemdziesiąt tysięcy kopii różnych traktatów spośród Traktatów Światła krążyło w wolnym obiegu i mogły one wykonywać moje obowiązki związane z Traktatami Światła; miałem duchowych braci i spadkobierców, którzy mieli przedłużyć naszą służbę dla wiary, a tysiące ich języków miały zastąpić mój język. Więzienie było również po stokroć przyjemniejsze i bardziej korzystne od wolności poza jego murami, która w istocie była niewolą, podporządkowaną tyranii i prześladowaniom. Miast cierpieć w całkowitej samotności poza murami więzienia z powodu bezwzględnego postępowania setek urzędników, w więzieniu, wraz z setkami innych więźniów, cierpimy jedynie nieznacznie, z powodu samowoli jednej lub dwóch osób, jak naczelnik więzienia czy komendant strażników, a owe cierpienia przyniosą korzyści, ponieważ dzięki nim zyskamy braterską życzliwość i pociechę ze strony wielu towarzyszy więzienia. Z myślą o tym, że litość wynikająca z islamu i z ludzkiej natury przejawia się w życzliwości dla osób starszych, znajdujących się w takim położeniu, przez co zmienia trudy więzienia w miłosierdzie, przyjąłem karę więzienia i pogodziłem się z nią.
W czasie mojego trzeciego procesu, z powodu trudności, jakie sprawiało mi pozostawanie w pozycji stojącej, a to w związku ze słabością, starością i chorobą, usiadłem na krześle poza drzwiami sali sądowej. Wtem zjawił się sędzia i z gniewem, obraźliwym tonem zapytał: "Dlaczegóż to on nie oczekuje na stojąco?" Rozgniewała mnie taka nieuprzejmość w obliczu mojej starości. Rozejrzałem się i ujrzałem wielu muzułmanów, którzy zgromadzili się wokół nas i nie chcieli się rozejść, jak przyglądali mi się z wielką życzliwością i braterstwem. Nagle otrzymałem ostrzeżenie poprzez dwie następujące prawdy:
Prawda pierwsza: Ukryci wrogowie mojej osoby i Traktatów Światła oszukali pewnych naiwnych urzędników, mając zamiar położyć kres podbojom Traktatów Światła poprzez zniszczenie dobrej opinii ludzi na mój temat (której w żadnym wypadku nie pragnąłem) i poprzez zniszczenie
mojego charakteru na oczach ludzi. Nakłonili zatem owych urzędników, by odnosili się do mnie ze wzgardą, w taki właśnie sposób. Rzekłem do siebie: "Spójrz na tę setkę ludzi, a nie na zniewagę, jak spotkała cię ze strony jednego człowieka! W zamian za służbę na rzecz wiary, jaką spełniają Traktaty Światła - co jest przejawem Bożej łaski - ludzie uprzejmie ofiarowują ci swe współczucie poprzez docenienie twojej służby, zarówno witając cię, jak odprowadzając". Nawet gdy drugiego dnia procesu byłem przesłuchiwany w biurze sędziego, gdzie odpowiadałem na pytania oskarżyciela publicznego, około tysiąca ludzi zgromadziło się na dziedzińcu, naprzeciw okien sądu, by okazać swą troskę i zainteresowanie; przyszli, by powiedzieć urzędnikom językiem właściwym dla swego usposobienia, by nie uciskali nas. Policja nie mogła sprawić, by ci ludzie rozeszli się. Mojemu sercu oznajmiono, że w naszym pełnym niebezpieczeństw wieku ci ludzie pragną prawdziwego pocieszenia, niegasnącego światła, silnej wiary, niezawodnej dobrej nowiny o wiecznej szczęśliwości, że poszukiwanie tego wszystkiego, czego pragną, wynika z ludzkiej natury. Musieli usłyszeć, że to, czego szukają, można znaleźć w Traktatach Światła, zatem okazują mojej niewiele znaczącej osobie troskę daleko większą, niż na to zasługuję, ponieważ oddałem pewnie niewielkie usługi wierze.
Prawda druga: Przypomniało mi się, że w zamian za złe traktowanie, jakiego doznaliśmy ze strony kilku odnoszących się do nas ze wzgardą, wprowadzonych w błąd osobników, którzy traktowali nas w ten sposób z zamiarem znieważenia nas i zniszczenia szacunku, jakim cieszyliśmy się w opinii publicznej, a także z powodu bezpodstawnego podejrzewania nas o zakłócanie porządku publicznego, otrzymaliśmy poklask i uznanie niezliczonych ludzi prawdy spośród współczesnych i spośród przyszłych pokoleń.
Tak, dzięki sile niezachwianej, potwierdzonej wiary w każdej części tego kraju Traktaty Światła (i ich uczniowie) powstrzymały straszliwe zepsucie i wysiłki anarchii, mające na celu zniszczenie porządku publicznego, jakie miało dokonać się pod płaszczykiem komunizmu. Uczniowie Światła pracowali na rzecz utrzymania porządku i bezpieczeństwa publicznego, a przez dwadzieścia lat ich pracy ani trzy lub cztery współpracujące ze sobą sądy, ani policja dziesięciu prowincji nie były w stanie znaleźć ani odnotować jakichkolwiek incydentów dotyczących naruszenia porządku publicznego, które byłyby związane z uczniami Światła, choć byli oni bardzo liczni i można było znaleźć ich w każdej części kraju. Bezstronni policjanci z trzech prowincji oświadczyli: "Uczniowie Światła są policją obyczajową. Wspomagają nas w utrzymywaniu porządku publicznego. Dzięki ich niezachwianej, potwierdzonej wierze w głowach wszystkich, którzy czytają Traktaty Światła, zostaje coś, co powstrzymuje ich przed
popełnianiem przestępstw. Uczniowie Światła działają na rzecz utrzymania porządku publicznego".
Przykładem na to niech będzie więzienie Denizli. Kiedy Traktaty Światła weszły w jego mury, a Owoc wiary został napisany dla więźniów, na przestrzeni trzech lub czterech miesięcy ponad dwustu więźniów stało się tak niezwykle posłusznymi, a ich postępowanie - tak pobożnym i prawym, że człowiek, który zamordował trzy czy cztery osoby wystrzegał się nawet zabijania pluskiew. Dawni przestępcy stali się najzupełniej litościwymi i nieszkodliwymi członkami społeczeństwa. Zadziwieni całą sytuacją funkcjonariusze więzienni patrzyli na nich z wielkim uznaniem. Niektórzy spośród młodych ludzi przed otrzymaniem wyroku mówili nawet: "Jeśli uczniowie Światła pozostają w więzieniu, postaramy się, by nas również skazano, ponieważ wtedy oni będą mogli nauczać nas, a my staniemy się podobni do nich. Poprawimy się dzięki ich wskazówkom".
Zatem ci, którzy oskarżali uczniów Światła (którzy są właśnie tacy) o zakłócanie porządku publicznego, albo zostali poważnie wprowadzeni w błąd, albo oszukani, albo też sami - świadomie lub nieświadomie - oszukiwali rząd, mając na celu zaprowadzenie anarchii, i prześladowali nas, starając się zmiażdżyć. Oto, co mamy im do powiedzenia:
Jako że śmierć nie została zabita, brama grobu nie jest zamknięta, a podróżni zatrzymujący się w zajeździe tego świata w korowodzie, karawana za karawaną, z wielką prędkością zstępują w ziemię i znikają, z pewnością my też wkrótce zostaniemy rozdzieleni jeden od Drugiego. Otrzymacie straszliwą karę za waszą tyranię. Wstąpicie na szubienice śmierci i wiecznej zagłady, które wypiszą nakazy uwolnienia prześladowanych ludzi wiary. Ulotne przyjemności, jakich doznawaliście na tym świecie, wyobrażając sobie, że będą one wieczne, przekształcą się w niekończące się męczarnie.
Niestety, nasi ukryci, obłudni wrogowie czasami łączą nazwę sufizmu z rzeczywistością islamu, którą zdobyto i utrzymano dzięki mieczom i krwi stu milionów męczenników w randze świętości i bohaterskich weteranów wojennych, jakich wydał nasz pobożny naród. Podczas gdy droga sufizmu jest jedynie pojedynczym promieniem słońca, jakim jest islam, nasi wrogowie ukazują ją tak, jakby była słońcem, przez co wprowadzają błąd niektórych niedbałych urzędników rządowych. Nazywając uczniów Światła sufimi i członkami stowarzyszenia politycznego - tylko dlatego, że skutecznie oni pracują na rzecz prawd Koranu i wiary - chcą podjudzić władze przeciwko nam. Oto, co mówimy im i tym, którzy słuchają ich słów wymierzonych przeciwko nam; to, co powiedzieliśmy sprawiedliwemu sądowi w Denizli:
"Pozwólcie także nam poświęcić się dla owej świętej prawdy, dla której poświęciły się setki milionów ludzi! Nawet jeśli podpalicie cały świat wokół nas, my, którzy poświęcamy samych siebie dla prawd Koranu, nie złożymy broni przed ateizmem; jeśli Bóg zechce, nie odstąpimy od naszego świętego obowiązku!"
Dzięki świętemu pocieszeniu, jakie dały mi wiara i Koran w cierpieniach i rozpaczy przygód mej starości, nie zamieniłbym roku największej niedoli mojej starości na dziesięć najbardziej szczęśliwych lat mojego młodego wieku - zwłaszcza że dla tych, którzy żałują za grzechy i odmawiają modlitwy obowiązkowe, każda godzina spędzona w więzieniu odpowiada dziesięciu godzinom oddawania czci Bogu, zaś jeśli chodzi o zasługę, to każdy przelotny dzień choroby i prześladowań daje dziesięć dni życia wiecznego. Dzięki ostrzeżeniom, które otrzymałem, zrozumiałem, jak bardzo tamte dni zasługiwały na podziękowania składane przez kogoś takiego jak ja, oczekującego już na swoją kolej przekroczenia bramy grobu. Wykrzyknąłem: "Nieskończone dzięki niechaj będą mojemu Panu!", byłem szczęśliwy z mojej starości, a zadowolony z uwięzienia, ponieważ życie nie zatrzymuje się, lecz szybko przemija. Jeśli upływa w przyjemności i szczęściu, to jako że odejście przyjemności jest bólem, życie staje się czymś przejściowym, upływa bez składania podziękowań i w niedbalstwie, a odchodzi, pozostawiając grzechy w miejscu przyjemności. Natomiast jeśli życie upłynie w więzieniu i wśród trudów, to jako że odejście bólu jest rodzajem przyjemności i ponieważ może być poczytywane za rodzaj aktu czci, życie pod pewnym względem staje się wieczne, a dzięki dobrym owocom, jakie wyda, możemy zdobyć życie ostateczne. Życie staje się odkupieniem za błędy, które były przyczyną grzechów przeszłości i kary więzienia, a także oczyszcza człowieka z owych błędów i grzechów. Patrząc z tego punktu widzenia, widzimy, że więźniowie, którzy odprawiają modlitwy nadobowiązkowe towarzyszące obowiązkowym, powinni być cierpliwi i składać podziękowania Bogu.
NADZIEJA SZESNASTA
Pewnego dnia w mojej starości zostałem zwolniony z więzienia Eskisehir po odbyciu kary jednego roku pozbawienia wolności. Zostałem zesłany do Kastomonu, gdzie przez dwa lub trzy miesiące przebywałem jako "gość" na komisariacie policji. Można zrozumieć jak wielkie męki cierpiał
w takim miejscu ktoś taki jak ja. Byłem pustelnikiem, czułem się znużony nawet widokiem mych wiernych przyjaciół, nie mogłem znieść wprowadzonych zmian dotyczących ubioru. Kiedy uległem takiej rozpaczy, nagle Boża łaska przybyła z pomocą mej starości. Inspektor i policjanci z komisariatu stali się dla mnie jak niezłomni przyjaciele. Niejeden raz ostrzegali mnie, bym nie zakładał fezu, a także, jak moi służący, zwykli zabierać mnie na wycieczki po okolicach miasta.
Później zamieszkałem w szkole Światła w Kastomonu, naprzeciwko posterunku policji, i zacząłem spisywać dalsze części Traktatów Światła. Bohaterscy uczniowie Światła, tacy jak Feyzi, Emin, Hilmi, Sadik, Nazid czy Salahaddin, przychodzili do medresy, by sporządzać kopie Traktatów Światła, a następnie rozpowszechniać je. Wiedliśmy uczone dyskusje, bardziej olśniewające nawet od tych, które za młodu prowadziłem ze swymi ówczesnymi studentami.
Wówczas nasi ukryci wrogowie wzbudzili dotyczące nas podejrzenia wśród niektórych urzędników, egoistycznie myślących hodżów i szejków. Sprawili, że zostaliśmy zgromadzeni - wraz z uczniami Światła z pięciu lub sześciu prowincji - w Szkole Proroka Józefa, którą było więzienie Denizli. Szczegóły owej Szesnastej Nadziei są szczegółowo opisane w krótkich listach, jakie w tajemnicy wysyłałem do moich braci, przebywając w więzieniu Denizli, w innych listach, wysłanych z Kastomonu, a także w zbiorze zawierającym moje mowy obrończe, wygłoszone przed sądem. Odsyłając zatem po szczegóły do owych listów i mów obrończych, w tym miejscu napomknę o nich jedynie W skrócie:
Poufne i ważne zbiory, w szczególności dotyczące Sufjana i cudowne go działania Traktatów Światła, ukryłem pod węglem i drewnem na opał, by mogły zostać opublikowane po mojej śmierci lub wtedy, kiedy władze odzyskają zdrowy rozsądek i posłuchają prawdy. Kiedy byłem o nie spokojny, pewni detektywi i pomocnik oskarżyciela publicznego wtargnęli nagle do mojego domu i przeszukali go. Wyciągnęli z ukrycia owe tajne i ważne traktaty, aresztowali mnie i pomimo moich kłopotów ze zdrowiem
wysłali mnie do więzienia w Isparcie. Kiedy byliśmy wielce zdenerwowani i smutni z powodu owej szkody, jaka została wyrządzona Traktatom Światła, z pomocą przyszła nam Boża łaska. Przedstawiciele władz zaczęli uważnie i z ciekawością czytać owe ważne traktaty, które zostały wydobyte z ukrycia, a których urzędnicy państwowi potrzebowali bardziej niż ktokolwiek inny, aż urzędy rządowe stały się ośrodkami studiowania Traktatów Światła. Choć zaczęli czytać traktaty z zamiarem zganienia ich, docenili je. Nawet w Denizli, choć o tym nie wiedzieliśmy, liczni ludzie - nie tylko w ramach obowiązków służbowych - czytali drukowane wydanie traktatu Ayetu'l-Kubra (Wielki Znak), umacniając swą wiarę. Zmniejszyło to do zera nieszczęścia, jakie cierpieliśmy z powodu uwięzienia.
Później zabrano nas do więzienia w Denizli, gdzie zamknięto mnie osobno w śmierdzącej, zimnej, wilgotnej celi. Byłem w najwyższym stopniu nieszczęśliwy z powodu mojej starości, choroby i trudności, jakie spotkały przyjaciół z mojego powodu. Najbardziej zaniepokojony byłem rekwirowaniem Traktatów Światła i przerwą w naszej działalności, lecz wówczas nagle z pomocą przyszła mi łaska Boga, która przekształciła ogromne więzienie w medresę Traktatów Światła, udowadniając, że zaiste było ono Szkołą Proroka Józefa. Traktaty Światła zaczęły rozprzestrzeniać się dzięki diamentowym piórom bohaterów Medresetu'z-Zehra. Pewien wielki bohater Traktatów Światła nawet w tych ciężkich warunkach spisał ponad dwadzieścia kopii Owoców wiary i zbioru Mowy obrończe, a dokonał tego na przestrzeni trzech lub czterech miesięcy. Traktaty zaczęły zdobywać serca ludzi zarówno w murach więzienia, jak i poza nimi, przekształcając straty wynikające z naszej klęski w znaczące korzyści, a nieszczęście w radość. To wszystko jeszcze raz ukazało znaczenie wersetu:
Byliśmy wówczas poddawani ostrej krytyce z powodu błędnego i pobieżnego orzeczenia pierwszej komisji ekspertów (które to orzeczenie zostało wymierzone przeciwko nam), jak również dzikich ataków ze strony ministra edukacji. Właśnie wtedy - kiedy, zgodnie z pewnymi relacjami, nasi wrogowie starali się nawet doprowadzić do skazania niektórych z nas na śmierć - łaska Boża przyszła nam z pomocą, zwłaszcza wtedy, gdy spodziewaliśmy się ciężkiej krytyki ze strony komisji ekspertów z Ankary, a okazało się, że jej sprawozdanie było wręcz pochwalne. Choć w pięciu skrzyniach kopii Traktatów Światła znaleziono mniej niż dziesięć błędów, dowiedliśmy
w sądzie, że kwestie, które w raporcie zostały wskazane jako błędne, w istocie były całkowicie poprawne, zaś autorzy raportu sami mylili się w tych kwestiach, o których sądzili, że są błędne; wykazaliśmy niemal dziesięć błędów w ich sprawozdaniu liczącym sobie pięć stron. Kiedy zaś oczekiwaliśmy ciężkich represji po tym, jak wysłaliśmy Owoce wiary i zbiór mów obrończych do siedmiu urzędów państwowych (a całość Traktatów Światła wysłaliśmy do Ministerstwa Sprawiedliwości), a w szczególności po silnych, piekących policzkach, jakie wymierzały naszym przeciwnikom inne, poufne traktaty, przedstawiciele państwa odpowiedzieli nadzwyczaj łagodnie (jak premier, który nawet przysłał list z wyrazami pocieszenia), zachowali się pojednawczo i nie atakowali nas. To bezapelacyjnie udowodniło, że prawdy zawarte w Traktatach Światła, ów cud Bożej łaski, pokonały wrogów i sprawiły, że zaczęli oni studiować Traktaty, jakby te były dla nich przewodnikiem. Tak, Traktaty Światła sprawiły, że szerokie kręgi ludzi, do których dotarły, stały się swego rodzaju kręgiem nauki; uratowały wiarę licznych niezdecydowanych i zdezorientowanych ludzi, przyczyniając nam radości duchowej i korzyści daleko przekraczających naszą niedolę.
Wówczas nasi ukryci wrogowie chcieli mnie otruć; zmarły Hafiz Ali, męczennik i bohater Traktatów Światła, zamiast mnie trafił do szpitala i zamiast mnie wyruszył w podróż do pośredniego królestwa, czyniąc nas rozpaczliwie szlochającymi. Przed owym nieszczęściem, kiedy rozmawiałem z mymi towarzyszami na górze w Kastomonu, wiele razy upierałem się: "Bracia moi, nie dawajcie mięsa koniom, a trawy lwom!", co znaczyło: "Nie rozdawajcie każdemu wszystkich Traktatów, inaczej niektórzy użyją ich, aby nas zaatakować". Choć Hafiz Ali (oby Bóg się nad nim zmiłował) przebywał wówczas w miejscu oddalonym od nas o siedem dni pieszego marszu, to jakby usłyszał moje słowa w słuchawce swego duchowego telefonu, w tym samym czasie napisał do mnie: "Tak, Nauczycielu, to cud Traktatów Światła, że koniom nie powinno dawać się mięsa ani lwom nie powinno się dawać trawy. Jako że koniom powinno dawać się siano, a lwom mięso, dałem pewnemu hodży, który jest niby lew, traktat o szczerości intencji". Otrzymałem jego list siedem dni później. Obliczyliśmy, że w tym samym czasie, gdy wykrzyknąłem na górze: "Nie dawajcie mięsa koniom, a trawy lwom!", Hafiz Ali zapisał te dziwne słowa w swoim liście.
Kiedy ów bohater Traktatów Światła zmarł, a my byliśmy uciskani przez hipokrytów, którzy poprzez swoje intrygi starali się doprowadzić do tego, byśmy zostali ukarani, a także obawialiśmy się, że na mocy decyzji oficjalnych czynników zostanę wysłany do szpitala (jako że byłem chory
z powodu trucizny), Boża łaska przyszła nam z pomocą. Dzięki szczerym modlitwom moich błogosławionych braci zagrożenie dla mego życia ze strony trucizny minęło; znaki podobne silnym dowodom wskazują na to, że nasz męczennik również w grobie zajmował się Traktatami Światła i z ich pomocą odpowiedział aniołom, kiedy przyszli do niego, by zadać mu pytania; zarówno bohater z Denizli, Hasan Feyzi (oby Bóg się nad nim zmiłował), który pracował wedle tego samego systemu, co Hafiz Ali, jak i jego przyjaciele służyli Traktatom Światła w tajemnicy, lecz skutecznie; ponieważ Traktaty Światła zmieniały na lepsze innych więźniów, nawet nasi wrogowie zaczęli opowiadać się za zwolnieniem nas z więzienia, a podobni ashabi al-kahf (1) uczniowie Światła sprawili, że miejsce ciężkiej próby stało się jaskinią pustelnika z dawnych czasów... Tak, to wszystko, wraz z dokładaniem starań w wykonywanym ze spokojnymi sercami dziele przepisywania i rozpowszechniania Traktatów Światła, dowodzi, że łaska Boża zaiste przybyła nam z pomocą.
Mojemu sercu przyszło również na myśl, że skoro tak wielki znawca prawa, jakim był Imam A'zam, musiał ścierpieć karę więzienia; skoro Imam Ahmad Ibn Hanbal, który osiągnął najwyższy stopień męczeństwa, był poddany w więzieniu ciężkim torturom ze względu na jedną kwestię z Koranu, lecz zniósł je z doskonałą cierpliwością i nie dał zmusić się do milczenia w owej kwestii; skoro liczni przywódcy religijni i uczeni zachowali całkowitą, niezachwianą cierpliwość, składając Bogu podziękowania, choć cierpieli męki daleko większe od waszych; to z pewnością jesteście zobowiązani, by składać Bogu nieskończone podziękowania za bardzo niewielkie trudności, jakich doświadczacie, choć nagroda, jaką odbierzecie za służbę prawdom Koranu, jest wielka.
Pokrótce opiszę pewien przejaw Bożej łaski wśród bezprawnej tyranii człowieka:
Kiedy miałem dwadzieścia lat, zwykłem powtarzać: "Do końca moich dni wycofam się z życia społecznego do jakiejś groty lub na górę, jak ludzie dawnych czasów, którzy wyrzekali się tego świata, odchodząc do jaskiń". Później podczas wielkiej wojny, kiedy byłem w niewoli na północnym wschodzie Rosji, podjąłem taką decyzję: "Kiedy to wszystko się skończy, resztę życia spędzę w jaskiniach. Porzucę politykę i życie społeczne. Już dość mieszania się w ich sprawy". W tej kwestii przejawiły się zarówno łaska Wszechwładnego, jak i sprawiedliwość Bożego zarządzenia, które przekształciły jaskinie, jakie sobie (1) Por. Koran, 18:9-26.
wyobrażałem, w więzienia, a zaciszne miejsca samotności w miejsca ciężkiej próby i uwięzienia w odosobnieniu, czyniąc wszystko daleko lepiej, niż mogłyby to uczynić moje decyzja i chęć, ze współczuciem dla mej starości. Łaska Boga obdarowała mnie Szkołami Proroka Józefa, miejscami uwięzienia w samotności, w których mój czas nie szedł na marne, a które były daleko lepsze niż górskie jaskinie ascetów i pustelników. Dało mi to zarówno korzyści związane z życiem ostatecznym, jakie być może przyniosłoby także życie pustelnika, jak też możliwość wytężonego służenia prawdom wiary i Koranu. Byłem nawet zdecydowany, by przedstawić siebie jako winnego jakiejś zbrodni i pozostać w więzieniu, kiedy moi przyjaciele zostaną już z niego zwolnieni. Pozostaliby ze mną samotnicy, jak Husrev czy Feyzi, jednak pod jakimś pozorem wybrałbym odbywanie kary w pojedynczej celi, by nie spotykać się z ludźmi, nie marnować czasu na niepotrzebne rozmowy, nie popaść w egoizm i sztuczność. Zanim jednak tak się stało, Boże zrządzenie i nasze przeznaczenie wysłały nas do innego miejsca ciężkiej próby. Z powodu współczucia dla mej starości, a także, by uczynić nas jeszcze bardziej usilnie pracującymi w służbie na rzecz wiary, obowiązki w trzeciej już Szkole Proroka Józefa powierzono nam bez naszej wiedzy czy też woli, a to zgodnie ze znaczeniem wersetu: Być może, czujecie wstręt do jakiejś rzeczy, choć jest dla was dobra, jak również z powiedzeniem: Dobrem jest to, co wybiera dla nas Bóg.
Tak, w tym, że Boża łaska ze współczucia dla mojej starości zmieniła jaskinie mego młodego wieku, w którym nie miałem potężnych, ukrytych wrogów, w pojedynczą celę więzienną, są trzy przykłady Bożej mądrości i doniosłych korzyści, jakie owa zmiana przyniosła służbie Traktatom Światła:
Pierwszy przykład mądrości i korzyści: Szkoła Proroka Józefa jest jedynym miejscem, w którym uczniowie Światła mogą zgromadzić się tak, by nie przyniosło to żadnej szkody. Gdyby spotkali się poza murami więzienia, byłoby to kosztowne i wzbudziłoby podejrzenia. Ktoś, kto przybywał, by mnie odwiedzić, musiał wydać czterdzieści lub pięćdziesiąt lir, widział się ze mną przez dwadzieścia minut (lub nawet mniej), po czym musiał wracać. Z chęcią wybrałbym trudy więzienia, by tylko być bliżej niektórych spośród moich braci. To oznacza, że więzienie jest dla nas darem i przykładem Bożego miłosierdzia.
Drugi przykład mądrości i korzyści: W owym czasie służba wierze, wykonywana dzięki Traktatom Światła, musiała być propagowana wszędzie i przyciągać uwagę tych, którzy potrzebowali nauki Traktatów. Ludzie zwrócili uwagę na Traktaty Światła dzięki naszemu uwięzieniu, które było dla nas niczym reklama. Najbardziej nieustępliwi i najbardziej potrzebujący odnaleźli Traktaty Światła i ocalili swoją wiarę; zakamieniałość ich serc została zniszczona, a oni sami - ocaleni przed niebezpieczeństwem, zaś krąg nauki o Traktatach rozszerzył się.
Trzeci przykład mądrości i korzyści: Uczniowie Światła, którzy są wtrąceni do więzienia, uczą się od siebie nawzajem właściwego postępowania, zalet charakteru, szczerości intencji i gotowości do poświęceń, a przestają poszukiwać poprzez swoją służbę korzyści tego świata. Tak, ponieważ w Szkole Proroka Józefa widzą na własne oczy, jak każda trudność i każda komplikacja przynosi dziesięciokrotny, a może nawet stukrotny zysk, widzą dobre rezultaty obejmującej wiele aspektów służby wierze, osiągają sukces, dostępując czystej szczerości intencji, i przestają zniżać się do poszukiwania drobnych, osobistych korzyści.
A oto subtelna, lecz smutna, choć zarazem przyjemna kwestia związana z owymi miejscami ciężkiej próby, która dotyczy tylko mnie: W więzieniu obserwuję tę samą sytuację, jaką widziałem w starych medresach w moich rodzinnych stronach, za czasów mej młodości. Zgodnie z tradycją obowiązującą we wschodnich prowincjach, w niektórych medresach potrzeby uczniów były spełniane z pomocą tego, co przychodziło z zewnątrz, zaś w innych pożywienie dla uczniów było gotowane w medresie. Medresy przypominały miejsca ciężkiej próby, jakimi są więzienia, także na inne sposoby. Kiedy teraz przyglądam się więzieniu, czuję przyjemne żal i tęsknotę, w wyobraźni wracam do radosnych dni młodości, a zapominamo trudnościach podeszłego wieku.
Owym Dopiskiem jest List Dwudziesty Pierwszy, który, jako że został zawarty w zbiorze Mektubat (Listy 1928-1932), nie został włączony do niniejszego zbioru.